sobota, 11 lipca 2009

782. wprawa

Mam w piórze taki mechanizm, który pozwala nabierać atrament. Ale go nie lubię, więc przerzuciłam się na naboje.
Naboje mi się skończyły (wyczerpać szufladę nabojów do pióra to też sztuka...).
- Mamo, czy masz gdzieś strzykawkę i igłę? - zapytałam pewnego dnia. - Bo chcę zacząć karierę ćpuna, ale nie mam sprzętu...
Mama nie miała, więc na drugi dzień kupiłam sobie potrzebne przyrządy za całe trzydzieści groszy (dla porównania - jeden mały nabój to przeważnie około 20 groszy).
- Twoją metodą zrobiłam sobie tatuaż zewnętrzny średnio zmywalny! - napisałam z niesmakiem do Piotrka po pierwszej próbie napełnienia dużego naboju.
- Dobrze, żeś sobie w żyłę nie dała - skomentował to Piotrek ze stoickim spokojem.
- Pierwszy zastrzyk mam za sobą - napisałam do Fimbula.
- I jak wrażenia?
- Rękę domyłam pumeksem.
- A pokój?
- Pokój przeżył, ale mniej bym się ubrudziła, gdybym przelewała ten atrament bezpośrednio ze słoiczka do naboju - stwierdziłam

Za drugim razem ubrudziłam się trochę mniej.
Trzeci raz wypadł dzisiaj. Przygotowałam sobie papierową podkładkę pod słoiczek z atramentem, a nabój trzymałam przez chusteczkę, pamiętna ostatnich doświadczeń.
I napełniłam go, nie roniąc ani kropli.
Ech...

piątek, 10 lipca 2009

* - * - *

Zmęczona walką z napływającymi zza okna owadami Mrówka poddała się.
Wtedy owady poddały się również i przestały napływać.
Jeśli nie możesz wroga polubić, to go zignoruj.

Właściwie przyszłam tu tylko po to, żeby ogłosić, że po kilku dniach naszego nerwowego chodzenia z trzymanymi kciukami ("jeśli wiecie, co mam na myśli") FIMBUL DOSTAŁ SIĘ NA STUDIA DOKTORANCKIE.

Gratulacje, nagrody prześlemy pocztą.

środa, 8 lipca 2009

781.000 i walka na śmierć i życie

Notatkę dodano:2009-07-08 20:31:18

Uwaga, notka drastyczna.

Gościnnie potraktowany Ośmiometrowy (szczytem gościnności miało być pozostawienie mu... hm.. wolnej ręki w działaniu) zrozumiał, że nie żąda się od niego przypływu towarzyskich uczuć tudzież uczestniczenia w grach zespołowych i taktownie przebywa w ciszy i samotności, w górnych partiach pokoju. On chodzi po suficie, Mrówka po podłodze - kompromis został osiągnięty, a naruszenie zasad spowoduje natychmiastowe rytualne zabójstwo winnego. W kuluarach powiada się, że wiara Mrówki w grawitację jest niezachwiana.

Niestety, porozumienia nie zaakceptował Czterometrowy. O połowę mniejszy od zaaklimatyzowanego przybysza ze świata Grande Comarro, usadowił się w fotelu, tuż obok Mrówki.
Dostał ostrzeżenie w... w całość. Twardą podeszwą kapcia.
Wzruszył ramionami (kilkoma parami ramion) i schował się pod narzutą.
Narzuta została upomniana uderzeniem kapcia.
Czterometrowy wylazł i usiadł na środku podłogi. Ten szczyt nonszalancji wywołał eskalację przemocy. Mrówka uderzyła ponownie.
Czterometrowy popatrzył ze zdziwieniem i podrapał się w nos.
Mrówka przygniotła go czterema tonami obuwia, zrzuconego z wysokości sufitu z drugą prędkością kosmiczną.
Czterometrowy żył dalej i bezczelnie przebierał kończynami.
Mrówka ponowiła proces rozpłaszczania go między podłogą a podeszwą.
Sześć razy.
Wreszcie czterometrowy dał się pokawałkować i zamarł w bezruchu, uznając wyższość Mrówki. Uczynił to, kiedy jego szczątki zaczęły przypominać puzzle (1000 kawałków).

Natomiast Ośmiometrowego, zwanego też Mieczysławem, od wczoraj nie widać.
Piotrek twierdzi, że one żyją do trzech dni i z pewnością Mieczysław dogorywa gdzieś na meblach.
Szczerze wątpię, zziajana po walce z czterometrowym.
One są niezniszczalne.

wtorek, 7 lipca 2009

780.000 i kryminalna historia

- Nie ma innego wyjścia, muszę go zabić. - Myśl ta skrystalizowała się w głowie Mrówki i odbiła ponurym echem od obu szarych komórek. Nie wywołała nawet cienia żalu, co jeszcze potwierdziło słuszność niecodziennego zamierzenia. - Już zbyt długo zatruwał mi życie - utwierdzała się Mrówka w swoim przekonaniu. - I tak by zginął, ciągle komuś podpadał. Obiektywnie rzecz biorąc, nikt go nie lubił. Trzeba go zabić. Zaraz. Tylko jak?

- Najłatwiej byłoby go zagłodzić - myślała sobie. - Ale to trochę niehumanitarne, poza tym mieszka tu od jakiegoś czasu, a ja go przecież nie dokarmiam. Zresztą, mamy różne upodobania kulinrne. Co tu dużo gadać, wszystko mamy różne. Zagłodzenie odpada. Zastrzelić nie mam czym. Może sztylet? Sztyletu też nie mam, ale zastąpiłabym go nożem do kotletów. E, nie, zobaczy z daleka i ucieknie. Podpalić? Albo utopić? Błe, musiałabym się przyglądać, czy dalej żyje, czy już przestał.
Najlepiej by było, żeby sam się zabił. Tak niby przypadkiem. Żeby wpadł akurat pod tłuczek albo wałek... albo żeby znalazł się akurat pod rogiem spadającego fortepianu. Wtedy nie uszedłby z życiem.

Mrówka popadła w krótką zadumę, po czym pozwoliła się ogarniać złości.
- A ci jego koledzy! Co jeden to gorszy! Siedzą w domu całymi dniami, nawet cicho, przyznaję - ale co z tego, skoro nocami, NOCAMI hałasują. Wyrzucisz ich drzwiami, to oknem wejdą. Taki gatunek. Zły wpływ mają na niego, ich też przydałoby się zabić. Trudne, tylko ile ulgi ostatecznie mogłoby przynieść... Czy warto się aż tak męczyć?

Zapatrzyła się w najodleglejszy kąt pokoju.
- No i co zrobić z ciałem? Pozwolić, żeby się tak rozkładało? Obrzydliwy za życia, nie zacznie być piękny jako martwa natura... A zwłok nie tknę. Niby nic trudnego, chociaż pewnie pod względem estetycznym będzie pozostawiał wiele do życzenia. Taki widok może się przyśnić. Lepiej nie ryzykować...



W związku z powyższym, ośmiometrowy komar nadal mieszka w pokoju Mrówki. Zadomowił się nawet, wczoraj próbował ułożyć się do snu na jej poduszce, zamiar został mu niezwłocznie wyperswadowany; oburzony komar, brzęcząc jak pijany bąk, odfrunął w czeluście sufitu.
Dobrze, że nie żywi się mną. Po jednym ukąszeniu potrzebowałabym transfuzji.

poniedziałek, 6 lipca 2009

779.000 i żłopokrwijcy*

- W nocy komary urządziły mi wampiriadę - poskarżyłam się Fimbulowi smsem. - Jeden mi gwizdał do ucha, a jego koledzy mnie gryźli.
- Musisz teraz przygotować osinowe... drzazgi - odpisał Fimbul.

Wrzuciłabym tu zdjęcia winnych, ale gdybym ich chociaż przez chwilę widziała, to w zasadzie nie byłoby możliwości, sfotografować ich za życia.

*Tytuł pochodzi od Fimbula. Wyjaśnił mi:
- Chodzi o proces tabuizacji językowej. Jak na blogu napiszesz "komary", to już nie ma odwrotu. Przyjdą po ciebie. Nie mów potem, że cię nie ostrzegałem.



Nie mogę pisać takich notek. Właśnie umarłabym na widok muszki owocówki (a potem ona by umarła w tradycyjnym plask).

niedziela, 5 lipca 2009

778.000 i motyl

- Chodź, zostaniemy uznanymi poetami - zaproponowałam Fimbulowi w przypływie znudzenia.
- A co trzeba zrobić? - zapytał Fimbulek.
- Przypuszczam, że pisać dobre wiersze. Ale może dałoby się to jakoś obejść? - zastanowiłam się, znając własne możliwości w tym zakresie. - Szczerze mówiąc, zależy mi tylko na sławie i pieniądzach - dodałam. - Może założymy dwuosobową grupę poetycką, która wsławi się tym, że nie pisze wierszy, bo jest za dużo grafomanów wokół? Grupę Poetyckiego Potencjału?

piątek, 3 lipca 2009

777.000 owadów

- Mógłbyś tak dyskretnie wyjrzeć przez okno i powiedzieć mi, czy chrabąszcze sobie poszły? Ale tak cichutko, bo się zorientują i wrócą - poprosiła Mrówka Fimbulka. Wczoraj. Wiem, że to idiotycznie brzmi: sprawdzać, czy chrabąszcze MAJOWE poszły sobie w LIPCU, ale widocznie one nie znają kalendarza.
- Nie ma - oznajmił Fimbul po chwili.
- To ja się idę wykąpać i szybko wrócę, może się nie dowiedzą.
- Jak zobaczysz jednego, to go zabij za wszelką cenę! - zawołał Fimbul. - Bo to pewnie zwiad!
- Dobra, idę szybko i zostawiam włączony komputer, możesz coś pisać co chwilę, to je zmyli - powiedziała Mrówka i uciekła.

Wróciła po jakimś kwadransie i napisała na gg od razu:
- Pssst, to ja! Były tu?
Odpowiedziała jej złowroga cisza.
- Fimbul? - zapytała Mrówka niepewnie. - Fimbulku? - powtórzyła. - FIMBUL!!!
Na szczęście pojawił się, cały i zdrowy.

Dziś mam w pokoju komara wielkości wróbla. Schował się w kącie i coś knuje.

czwartek, 2 lipca 2009

776. potrzeba matką

Mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków. Potrzebowałam wynalazku, więc go sobie wynalazłam.
Chodziło mi o pióro, które będzie pisać, podczas gdy ja - leżeć. Pióro będzie pisało to, co pomyślę, a ja się nie będę męczyć.
Podzieliłam się wynalazkiem z Slkiem. Ten najpierw narzekał, że to Harry Potter, że coś tam (a zwyczajnie mi zazdrościł pewnie, też by takie coś chciał, tylko głupio mu się było przyznać).
- Możesz mi takie coś kupić, w trosce o nieprzemęczanie się pracowników - zasugerowałam.
- Jak tylko zobaczę, to pomyślę - obiecał Slk.

Podzieliłam się swoją radością z Fimbulem, a Fimbul natychmiast wyłapał coś, czego ja w nadziei na ułatwienie życia nie zauważyłam.
- Jak on pomyśli, to się zapisze - powiedział. - I wtedy sprzedawca stwierdzi, że towar wypróbowany uznaje za zakupiony.
- Myślałam, że jak zobaczy, że Slkowi zależy, to podniesie cenę.
- Nie - zaprotestował Fimbulek. - Bo żeby tak się stało, musiałby pomyśleć "ale frajer! Oskubię go!". I to by się zaraz zapisało.


Każdy wynalazek jest na początku niedopracowany.

środa, 1 lipca 2009

775. Megi i Igor

Czekałam na Megi i przyglądałam się gołębiom.
Gołębie siedziały w sporej kałuży i co jakiś czas rozkładały skrzydła, pluskały się w wodzie, siadały normalnie (tyle że dalej w kałuży) i z zadowoleniem ociekały.
Przyjechała Megi z Igorem. Igor natychmiast przytulił mi się do kolana. A potem zobaczył kałużę. Rozgonił wszystkie gołębie, stanął w wodzie z błogim wyrazem pyszczka i szurał łapkami po dnie.
Potem dołączył do nas, pod Korfantego. Rozłożyłam sobie reklamówkę i usiadłam na jednym ze stopni pod pomnikiem.
- Schód - powiedziała Megi.
Obejrzałam uważnie schodek, na którym usiadłam.
- SCHÓD! - powtórzyła Megi z naciskiem. Obejrzałam się trochę bardziej nerwowo. Megi pokręciła głową.
- Megi, dobra, schód, widzę, ale o co chodzi?! - zapytałam trochę rozpaczliwie.
- Mrówka, ja ci nie mówię że schód, czyli schodek! Mówię ci, że Igor schudł!!! - wytłumaczyła Megi.
Biedny pies, usłyszał, że o nim mowa, położył się za mną i zaczął zachęcać do drapania go po brzuszku.
Poszłam i zaczęłam drapać.
- Mrówka, on wie, że ciebie może na to drapanie naciągnąć - odezwała się Megi. - Nigdy przy nikim mi tak nie robi, tylko jak ciebie widzi.