Mam w piórze taki mechanizm, który pozwala nabierać atrament. Ale go nie lubię, więc przerzuciłam się na naboje.
Naboje mi się skończyły (wyczerpać szufladę nabojów do pióra to też sztuka...).
- Mamo, czy masz gdzieś strzykawkę i igłę? - zapytałam pewnego dnia. - Bo chcę zacząć karierę ćpuna, ale nie mam sprzętu...
Mama nie miała, więc na drugi dzień kupiłam sobie potrzebne przyrządy za całe trzydzieści groszy (dla porównania - jeden mały nabój to przeważnie około 20 groszy).
- Twoją metodą zrobiłam sobie tatuaż zewnętrzny średnio zmywalny! - napisałam z niesmakiem do Piotrka po pierwszej próbie napełnienia dużego naboju.
- Dobrze, żeś sobie w żyłę nie dała - skomentował to Piotrek ze stoickim spokojem.
- Pierwszy zastrzyk mam za sobą - napisałam do Fimbula.
- I jak wrażenia?
- Rękę domyłam pumeksem.
- A pokój?
- Pokój przeżył, ale mniej bym się ubrudziła, gdybym przelewała ten atrament bezpośrednio ze słoiczka do naboju - stwierdziłam
Za drugim razem ubrudziłam się trochę mniej.
Trzeci raz wypadł dzisiaj. Przygotowałam sobie papierową podkładkę pod słoiczek z atramentem, a nabój trzymałam przez chusteczkę, pamiętna ostatnich doświadczeń.
I napełniłam go, nie roniąc ani kropli.
Ech...
sobota, 11 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz