- Nie ma innego wyjścia, muszę go zabić. - Myśl ta skrystalizowała się w głowie Mrówki i odbiła ponurym echem od obu szarych komórek. Nie wywołała nawet cienia żalu, co jeszcze potwierdziło słuszność niecodziennego zamierzenia. - Już zbyt długo zatruwał mi życie - utwierdzała się Mrówka w swoim przekonaniu. - I tak by zginął, ciągle komuś podpadał. Obiektywnie rzecz biorąc, nikt go nie lubił. Trzeba go zabić. Zaraz. Tylko jak?
- Najłatwiej byłoby go zagłodzić - myślała sobie. - Ale to trochę niehumanitarne, poza tym mieszka tu od jakiegoś czasu, a ja go przecież nie dokarmiam. Zresztą, mamy różne upodobania kulinrne. Co tu dużo gadać, wszystko mamy różne. Zagłodzenie odpada. Zastrzelić nie mam czym. Może sztylet? Sztyletu też nie mam, ale zastąpiłabym go nożem do kotletów. E, nie, zobaczy z daleka i ucieknie. Podpalić? Albo utopić? Błe, musiałabym się przyglądać, czy dalej żyje, czy już przestał.
Najlepiej by było, żeby sam się zabił. Tak niby przypadkiem. Żeby wpadł akurat pod tłuczek albo wałek... albo żeby znalazł się akurat pod rogiem spadającego fortepianu. Wtedy nie uszedłby z życiem.
Mrówka popadła w krótką zadumę, po czym pozwoliła się ogarniać złości.
- A ci jego koledzy! Co jeden to gorszy! Siedzą w domu całymi dniami, nawet cicho, przyznaję - ale co z tego, skoro nocami, NOCAMI hałasują. Wyrzucisz ich drzwiami, to oknem wejdą. Taki gatunek. Zły wpływ mają na niego, ich też przydałoby się zabić. Trudne, tylko ile ulgi ostatecznie mogłoby przynieść... Czy warto się aż tak męczyć?
Zapatrzyła się w najodleglejszy kąt pokoju.
- No i co zrobić z ciałem? Pozwolić, żeby się tak rozkładało? Obrzydliwy za życia, nie zacznie być piękny jako martwa natura... A zwłok nie tknę. Niby nic trudnego, chociaż pewnie pod względem estetycznym będzie pozostawiał wiele do życzenia. Taki widok może się przyśnić. Lepiej nie ryzykować...
W związku z powyższym, ośmiometrowy komar nadal mieszka w pokoju Mrówki. Zadomowił się nawet, wczoraj próbował ułożyć się do snu na jej poduszce, zamiar został mu niezwłocznie wyperswadowany; oburzony komar, brzęcząc jak pijany bąk, odfrunął w czeluście sufitu.
Dobrze, że nie żywi się mną. Po jednym ukąszeniu potrzebowałabym transfuzji.
wtorek, 7 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz