sobota, 11 sierpnia 2007

335. mrówką być

Lubię mrówki.
To znaczy bez przesady, nie biegam za nimi i nie całuję każdej w pyszczek, nie pozwalam im po sobie łazić (w Lecie Tove Jansson była taka genialna scena, kiedy jedno dziecko miało narysować coś najokropniejszego, co potrafi. Dziecko najbardziej bało się mrówek i narysowało siebie - "dziecko z brzydkimi sterczącymi włosami, które stało i darło się, podczas gdy właziły na nie mrówki"), nie dotykam, nie zgadzam się, żeby się włóczyły w miejscach, w których ja przebywam i nie unoszę się pięć centymetrów nad chodnikiem.
Ale też nie zabijam, kiedy jakąś na swoim miejscu zobaczę.

W zimie znalazłam jedną na parapecie w pokoju brata. Małą (jak pół standardowej mrówki czerwonej), czarną i taką uroczą. Obserwowałam ją przez kilka dni - okazało się, że nigdy nie złazi z jednej swojej trasy - od doniczki do doniczki. Podobno było ich kilka, ale zostały wybite i ocalała ta jedna. A skoro grzecznie mieszkała w kwiatkach, a nie łaziła po pokoju - mogła sobie poistnieć.
Któregoś dnia chodziła po parapecie wyraźnie zmartwiona. I cały czas szukała czegoś czułkami. Wydawało mi się, że jedzenia, ale ja się nie znam na mrówkach. Można było to sprawdzić... Wpadłam na pomysł. Wzięłam małe ziarenko prosa i położyłam na parapecie. Mrówka podeszła, nieufnie obwąchała ziarenko, podskoczyła z radości i próbowała je przepchnąć. Ani drgnęło. Wzięła rozbieg i w nie uderzyła łapkami. Ani drgnęło. Wlazła na nie i próbowała je podnieść. Ani drgnęło. Zwątpiła i wznowiła poszukiwania. Rozgniotłam ziarenko pięciogroszówką i ten cały proszek, który się zrobił, wysypałam przed mrówką.
Jak ona się ucieszyła!
Porwała jeden okruszek, uniosła go nad głowę i pobiegła.
Pogalopowała.
Zawołałam brata i patrzyliśmy, jak mrówka z kawalątkiem jedzenia cwałuje do doniczki.
Kiedy wyłaziła do góry nogami (po podstawce) spadło jej ziarenko. Wróciła po nie i wbiegła do doniczki.
Od tamtej pory co jakiś czas podrzucaliśmy jej z bratem po okruszku. Człowiek w końcu robi się odpowiedzialny za to, co oswaja.
Już jej nie ma zresztą.


A apoftegmatyczna historyjka Kochanowskiego, która mnie od trzech dni śmieszy do rozpuku, wygląda tak:

"Ciecierski, w radomskiej ziemi, usłyszawszy żaka pod oknem, który, wywróciwszy niebacznie słowa, tak śpiewał: "Jezus Judasza przedał", etc. -- "Dobrze tak -- powiada -- bo Go on też był przedtym przedał"."


(źródło: http://pl.wikisource.org/wiki/Jezus_Judasza_przeda%C5%82 )


No i jak tu dorównać? Nie ma bata ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz