Wprawdzie tytuł tej notki miał brzmieć "pokrakowska notka 2", ale "podwawelska" brzmi lepiej, przynajmniej u mnie wywołuje skojarzenia z kiełbasą a nie z pokraką ;)
Jak w Pancernych był kwadrans po nieparzystej, tak ja mam 20 minut po nieparzystej busy z Krakowa. Tylko że a) zmienili im przystanek bez poinformowania pasażerów, b) na autostradzie jest korek, więc mają opóźnienia ogromne, c) na moim dawnym przystanku jest teraz przystanek w przeciwną stronę, a przystanek w stronę Jaworzna jest po drugiej stronie ulicy.
10 minut po planowanym przyjeździe busa dzwonię do Arturka, zastanawiając się, czy kwiknie z radości, kiedy zadam mu pytanie "gdzie, na litość boską, mam teraz przystanek do domu?", żeby się upewnić, że czekam w dobrym miejscu.
Arturek nie odbiera.
Dobra, nie wpadajmy w panikę. To, że mi jeden bus nie przyjechał, jeszcze o niczym nie świadczy.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Przemka.
Przemek (debiut - notka 257) w ogóle zasługuje na osobną notkę. W ostatniej klasie LO siedzieliśmy razem w ławce, razem przygotowywaliśmy się do matury i codziennie gadaliśmy przez telefon. To Przemek powiedział mi coś, co powtarzam sobie czasami jako motto - najważniejsze jest w życiu, żeby robić to, co się naprawdę lubi. To po tej rozmowie poszłam na polonistykę, nie na AE.
Po LO Przemek wybrał się na studia do Krakowa, zaczął tam pracować, w Jaworznie bywał rzadko i kontakt praktycznie odzyskaliśmy dopiero teraz, przez święcenia Tomka.
Przemek odebrał.
- Pamiętasz, jak powiedziałeś, że kiedy będę w Krakowie i będę mieć wolną chwilę, to mam dać ci znać? - zapytałam bez wstępów.
- Pamiętam - uśmiechnął się Przemek (w końcu powiedział mi to w maju, nie mógł tak szybko zapomnieć ;))
- To mi się wydaje, że mam dwie godziny wolnego do najbliższego autobusu - powiedziałam niepewnie.
- Tylko wiesz co? - usłyszałam Przemka. - Ja właśnie jestem w Katowicach...
Mało się nie przewróciłam ze śmiechu.
- A nie wiesz przypadkiem, gdzie ja teraz mam przystanek do domu? - zapytałam, starając się nie brzmieć zbyt rozpaczliwie.
- A gdzie właściwie jesteś?
- Pod Politechniką - ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć "w Krakowie".
- To tam masz, spokojnie, na pewno przyjedzie.
Przyjechał.
To znaczy 2 godziny później przyjechał, a ja sobie połaziłam jeszcze po Krakowie, dzisiaj mam zakwasy.
niedziela, 19 sierpnia 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz