piątek, 17 sierpnia 2007

339. pół notki

17.08.07. godz. 15:50 (przepisuję notkę z zeszytu, zapisywałam w autobusie, jak tylko wsiadłam)
Po raz pierwszy znalazłam się w Krakowie zupełnie sama. Dotąd zawsze ktoś mi towarzyszył, albo specjalnie (Arturek na POMach), albo przypadkiem (Robert, który czuł się odpowiedzialny za doprowadzenie mnie na przystanek). Miałam dziś wolne dwie godziny i zamierzałam je wykorzystać na poszukiwania ciekawych i potrzebnych książek. Przemierzyłam wszystkie rynkowe uliczki nie gubiąc się i odnajdując parę nowych szlaków.
I absolutnie cudowny antykwariat.
Weszłam i zadałam antykwariuszowi standardowe pytanie - czy ma tu jakąś półkę z satyrą.
Antykwariusz westchnął, wstał, pokazał mi odpowiednią półkę zapełnioną w jednej piątej i powiedział:
- Obficie reprezentowana to ta satyra nie jest.
- Coś pewnie dla siebie znajdę - pocieszyłam go.

Patrzę i oczom nie wierzę. Tomik Zechentera leży sobie na półce i kosztuje 5 złotych, a Wyka (Życie na niby, Pamiętnik po klęsce) 3 złote. A koło Zechentera leży jeszcze Krukowski i Mała antologia kabaretu, książka nie do dostania w żadnej bibliotece. Za 4,50.
To znaczy już nie leżą. Bo Wykę ukochanego, Zechentera dla praktyki satyrycznej i Krukowskiego dla teorii sobie kupiłam.
I jeszcze Grodzieńską dla przyjemności, za 6 złotych.
Już wiem, gdzie zawsze będę zaglądać.
A pan się zlitował, rzucił okiem na mój wypchany do granic możliwości mały plecaczek i dał mi dużą reklamówkę.
Raj na ziemi ;).

Odwiedziłam PAN.
- Potrzebuję O humorze poważnie Chłopickiego...
- A, to 483? - ucieszyła się pani, najwyraźniej znudzona i spragniona rozrywki.
- Albo 473 - podchwyciłam, bo wiedziałam, że o numerze książki mówi, nie o cenie.
BYŁO!
Gdybym chciała tę książkę sprowadzać przez internet, zapłaciłabym jakieś 12 złotych za przesyłkę i 6 - cenę książki. Dostałam ją za 5 złotych.
- Bramę otwiera się na dwie ręce - pouczyła mnie pani. No dobrze, wrzuciłam Chłopickiego do reklamówki, podeszłam do drzwi i mnie wmurowało.
- JAK na dwie ręce? - wyrwało mi się ze zgrozą.
Pani przyszła i mnie wypuściła. Naprawdę, trzeba zostać uczonym, żeby umieć się stamtąd wydostać... ;)

Spotkań z Balladą już raczej nie będzie. Dobrze, że mam teraz bardzo intensywne satyryczne zajęcie i szkolę się u Egzekutora, podpatrując karkołomne i lingwistyczne rymy, przynajmniej nie mam czasu ani siły, żeby się przejmować.

AAAAA, właśnie!
Pierwszy raz w życiu miałam dzisiaj okazję sprawdzić własną znajomość angielskiego na żywo. Możecie być ze mnie dumni! ;)
- Excuse me - usłyszałam, kiedy lazłam sobie wesolutko przez jedną z zapomnianych i pustych krakowskich uliczek. Odwróciłam się. Azjata.
- Can you photo me? - zapytał.
- Okay - zareagowała odruchowo Mrówka.
- Push here - pokazał Azjata Mrówce odpowiedni przycisk na małym japońskim aparacie.
To sobie pogadałam! 12 lat nauki angielskiego nie poszło na marne. Rozśmieszyło mnie jeszcze przypuszczenie, że ów Azjata mówi po angielsku mniej więcej tak samo jak ja...

W tym miejscu notkę urywam, chociaż to nie koniec opowieści. Ale coś sobie zostawię na jutro ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz