Tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia błędów.
Zamykam bloga.
Do zobaczenia.
piątek, 1 lipca 2011
czwartek, 30 czerwca 2011
poniedziałek, 27 czerwca 2011
1116. doduł
35,5 półki z książkami. Skończyłam. Wprawdzie po skończeniu odkryłam jeszcze stosik książek nieschowanych, ale 1) mam gdzie je schować, 2) nie mam siły, żeby już. Leżały w ukryciu, to niech poleżą jeszcze chwilę.
3) poza tym i tak ciągle przychodzą nowe, to co ja się będę wysilać.
Znalazłam za to swoją książeczkę z dzieciństwa (którą odkrywam co jakiś czas i zawsze bawi mnie tak samo) i popłakałam się ze śmiechu.
Trenowałam na niej pisanie, zresztą do tego była przeznaczona. Tyle że... dla trochę starszych niż ja dzieci. I o ile pewnie różne dzieci pisały w niej prawdę, o tyle ja tworzyłam rzeczywistość po swojemu. I tak na przykład dzięcioł według mnie to wcale nie był dzięcioł, tylko doduł.

Będę to chyba co jakiś czas fotografować i wrzucać w odcinkach, bo tego typu pomysłów jest tam więcej.
A na tylnej okładce odrysowałam swoje rączki.
Dzisiaj przymierzyłam. Świat się zmienia, a papier kurczy.
3) poza tym i tak ciągle przychodzą nowe, to co ja się będę wysilać.
Znalazłam za to swoją książeczkę z dzieciństwa (którą odkrywam co jakiś czas i zawsze bawi mnie tak samo) i popłakałam się ze śmiechu.
Trenowałam na niej pisanie, zresztą do tego była przeznaczona. Tyle że... dla trochę starszych niż ja dzieci. I o ile pewnie różne dzieci pisały w niej prawdę, o tyle ja tworzyłam rzeczywistość po swojemu. I tak na przykład dzięcioł według mnie to wcale nie był dzięcioł, tylko doduł.

Będę to chyba co jakiś czas fotografować i wrzucać w odcinkach, bo tego typu pomysłów jest tam więcej.
A na tylnej okładce odrysowałam swoje rączki.
Dzisiaj przymierzyłam. Świat się zmienia, a papier kurczy.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Cudowne, błogie milczenie, królestwo za chwilę ciszy, a najlepiej za pół godziny ciszy, albo chociaż za pół doby, albo już za tydzień, po tygodniu się znudzi, ale tydzień, tydzień przynajmniej. Och, zamknij się już, dziewczynko, nie odzywaj się, nie przypominaj sobie setek spraw, które załatwić trzeba koniecznie teraz, bo potem się przedawnią, przeterminują i wypadną z zaśmieconego umysłu. Ciszy, ciszy, ciszy, błagam. I tak, kiedy wpadasz w ten swój słowotok, nic z niego nie rozumiem, a już zupełnie nie jest mi to do szczęścia potrzebne. Słowa się z ciebie wysypują, i po co to komu, nie męcz, zamknij się i odwróć do ściany. Tak będzie bezpiecznie, cicho i spokojnie. Cicho. I spokojnie. Nie masz pojęcia, ile by to dla mnie znaczyło, jaki to byłby piękny gest, gest poświęcenia i dobroci, wyrozumiałości i radości aż po same kości. Cicho, dziewczynko, to wcale nie jest trudne, spróbuj tylko, najpierw przestań wypowiadać przymiotniki, a potem czasowniki. A potem całą resztę, to chyba jak z rzucaniem palenia, najtrudniej jest zacząć, a potem powstrzymać się od pokus. Powstrzymaj się, spróbuj przynajmniej, nie da się inaczej. Od razu zrobi się ciszej, nie mów, nie mów nic, słów jest za dużo, krążą po wszechświecie nie wiadomo po co, a ciągle produkuje się nowe. Ty przestań, nie produkuj, usiądź spokojnie, pomedytuj sobie, albo podrzem, albo pozastanawiaj się nad losem kijanek w Szwecji, ale już nie mów, już nic do mnie nie mów. O niczym, bo naprawdę mnie to nie interesuje, nie chcę ci o tym mówić, żeby nie mnożyć kolejnych słów, cicho, cicho, twoje słowa kręcą mi w głowie, zaczynam czuć się sennie, ale nie dajesz mi zasnąć, skoro gadasz. Zamknij się wreszcie na moment, muszę pomyśleć.
niedziela, 5 czerwca 2011
Historyjka obrazkowa dziś będzie.
Wieczorny widok z okna wygląda tak:

Od paru dni na blok tuż obok mojego okna przylatuje szpak, który sprawia, że nimfa gwizda do niego z całej siły. Szpak odgwizduje i tak sobie śpiewają. Ptasie radio w wersji wizji wygląda tak:

(fonię dodam, jak naładuję sobie baterie do mp3 i nagram szpaka).
A potem siadam do biurka (bzdura, wcale nie siadam do biurka, siadam gdziekolwiek) i piszę parę książek. Jakby mi było mało:

Na tapecie aktualnie:
- książka o teatrze (właśnie przepisuję zaległe kawałki i wtykam różne cytaty, jak mi się to wymsknie spod kontroli to nie wiem, co zrobię),
- książka dla dzieci wymyślana z Czapi,
- szukanie wydawcy dla daaaaawnej (pierwszej wspólnej) książki robionej z Marcinem Pałaszem,
- pierwsza część Strrrrasznej trrrrrylogii (czyli książka dla dzieci),
- książka z rozmaitych absurdalnych wierszyków (dla dzieci, cholera),
- książka, którą planujemy zrobić z Basią,
- bajka teatralna kolejna i zestaw słuchowisk,
- taki sobie tekst o, dla jednego odbiorcy, który (tekst, nie odbiorca) w pomyśle istnieje od dawna, a w realizacji został zablokowany na etapie "przecież to się nie uda", bo się za bardzo zmotywowałam do niego,
- tekst na Bielską (by się przydał).
Nie wiem, czy coś jeszcze. Nie pamiętam.
Wieczorny widok z okna wygląda tak:
Od paru dni na blok tuż obok mojego okna przylatuje szpak, który sprawia, że nimfa gwizda do niego z całej siły. Szpak odgwizduje i tak sobie śpiewają. Ptasie radio w wersji wizji wygląda tak:
(fonię dodam, jak naładuję sobie baterie do mp3 i nagram szpaka).
A potem siadam do biurka (bzdura, wcale nie siadam do biurka, siadam gdziekolwiek) i piszę parę książek. Jakby mi było mało:
Na tapecie aktualnie:
- książka o teatrze (właśnie przepisuję zaległe kawałki i wtykam różne cytaty, jak mi się to wymsknie spod kontroli to nie wiem, co zrobię),
- książka dla dzieci wymyślana z Czapi,
- szukanie wydawcy dla daaaaawnej (pierwszej wspólnej) książki robionej z Marcinem Pałaszem,
- pierwsza część Strrrrasznej trrrrrylogii (czyli książka dla dzieci),
- książka z rozmaitych absurdalnych wierszyków (dla dzieci, cholera),
- książka, którą planujemy zrobić z Basią,
- bajka teatralna kolejna i zestaw słuchowisk,
- taki sobie tekst o, dla jednego odbiorcy, który (tekst, nie odbiorca) w pomyśle istnieje od dawna, a w realizacji został zablokowany na etapie "przecież to się nie uda", bo się za bardzo zmotywowałam do niego,
- tekst na Bielską (by się przydał).
Nie wiem, czy coś jeszcze. Nie pamiętam.
sobota, 28 maja 2011
środa, 25 maja 2011
niedziela, 15 maja 2011
1102. komar
Mrówka (14-05-2011 23:57)
komar tu przefrunął
Mrówka (14-05-2011 23:57)
niestety nie trafiłam
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ale najgorsze, że
Mrówka (14-05-2011 23:57)
on COŚ NIÓSŁ
Mrówka (14-05-2011 23:57)
wyglądało na walizkę...
Mrówka (14-05-2011 23:57)
mikroskopijną, na dwa milimetry, ale walizkę
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
taak
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
na pewno
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
:)
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ej no, nie dość, że mam w pokoju żywego komara, to on się jeszcze wprowadza
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
(w takich przypadkach lepiej przytakiwac)
edit:
i komentarz Olka z facebooka:
Wiem, że czasem trudno jest się tym pogodzić, ale ktoś musi być brutalnie szczery... On cię porzucił...
Nie chce mi się opracowywać, smutno mi. Pa.
komar tu przefrunął
Mrówka (14-05-2011 23:57)
niestety nie trafiłam
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ale najgorsze, że
Mrówka (14-05-2011 23:57)
on COŚ NIÓSŁ
Mrówka (14-05-2011 23:57)
wyglądało na walizkę...
Mrówka (14-05-2011 23:57)
mikroskopijną, na dwa milimetry, ale walizkę
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
taak
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
na pewno
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
:)
Mrówka (14-05-2011 23:57)
ej no, nie dość, że mam w pokoju żywego komara, to on się jeszcze wprowadza
Ania Sz. (14-05-2011 23:57)
(w takich przypadkach lepiej przytakiwac)
edit:
i komentarz Olka z facebooka:
Wiem, że czasem trudno jest się tym pogodzić, ale ktoś musi być brutalnie szczery... On cię porzucił...
Nie chce mi się opracowywać, smutno mi. Pa.
sobota, 30 kwietnia 2011
1094. psujemy
Mrówka: Wieża mi się zepsuła i źle odtwarza płyty.
Fimbul: Mnie się czajnik popsuł.
Mrówka: To chodź do mnie na herbatę, a potem czegoś u ciebie posłuchamy.
Mrówka: Mogę to dać na bloga?
Fimbul: Możesz, może ktoś mi postanowi zasponsorować nowy czajnik.
Fimbul: Mnie się czajnik popsuł.
Mrówka: To chodź do mnie na herbatę, a potem czegoś u ciebie posłuchamy.
Mrówka: Mogę to dać na bloga?
Fimbul: Możesz, może ktoś mi postanowi zasponsorować nowy czajnik.
niedziela, 24 kwietnia 2011
1090. film
- Słyszałam, że u ciebie film kręcą - zagaiła Złośnica.
- Jaki? - zainteresowała się Mrówka.
- "Szczęki 4" - odparła Złośnica. - Jak się czujesz?
- Jakby kręcili u mnie "Szczęki 4" - wyjaśniła Mrówka.
Milczę, bo milczę też na żywo. Prowadzę rozbudowane monologi wewnętrzne, kiedy mi się chce. Ale przeważnie mi się nie chce. I zwalczam zaobserwowane początki zalążków anemii, wcinając całe słoiki buraczków.
- Jaki? - zainteresowała się Mrówka.
- "Szczęki 4" - odparła Złośnica. - Jak się czujesz?
- Jakby kręcili u mnie "Szczęki 4" - wyjaśniła Mrówka.
Milczę, bo milczę też na żywo. Prowadzę rozbudowane monologi wewnętrzne, kiedy mi się chce. Ale przeważnie mi się nie chce. I zwalczam zaobserwowane początki zalążków anemii, wcinając całe słoiki buraczków.
wtorek, 12 kwietnia 2011
4
stopień rozwarcia japy - bez zmian (w najszerszym miejscu pół centymetra)
ból przy przełykaniu - bez zmian
Kiedy jedzenie jest walką, nie ma mowy o czytaniu.
Kiedy sen jest ukojeniem, nie ma mowy o czymkolwiek innym.
ból przy przełykaniu - bez zmian
Kiedy jedzenie jest walką, nie ma mowy o czytaniu.
Kiedy sen jest ukojeniem, nie ma mowy o czymkolwiek innym.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
3 - epilog
Śpię godzinę przed każdym posiłkiem, godzinę po każdym posiłku i czasami drzemię jeszcze w przerwach. Potem przesypiam całą noc, do rana.
Przełykanie boli jak fiks, rano nie posoliłam sobie nawet kaszy, żeby nie zwiększać jej objętości.
Przyniosłam tu sobie kawałeczek suchego wafla, żeby urozmaicić stan niejedzenia. Po dwóch gryzach przypuszczam, że poleży tu przez pół miesiąca.
Jeszcze mam pół szklanki herbaty i pół flachy jogurtu.
Przed każdym przełknięciem biorę głęboki wdech i wbijam paznokcie w skórę. Jak mi to przejdzie, to z czkawki się chyba nie wygrzebię przez kwartał.
Bardzo ciężko mi się mówi, pewnie połowa osób dzwoniących do mnie się poobraża, bo tłumaczenie "słuchaj, mam szczękościsk i gulę w gardle" jest za długie do powiedzenia, porozumiewam się monosylabami przez zaciśnięte zęby, co sprawia wrażenie, jakbym była udzielną księżną, robiącą wszystkim łaskę.
W życiu się tyle nie nazastanawiałam, zanim coś przełknę. Czuję się jak gęś.
Głupia gęś.
Przełykanie boli jak fiks, rano nie posoliłam sobie nawet kaszy, żeby nie zwiększać jej objętości.
Przyniosłam tu sobie kawałeczek suchego wafla, żeby urozmaicić stan niejedzenia. Po dwóch gryzach przypuszczam, że poleży tu przez pół miesiąca.
Jeszcze mam pół szklanki herbaty i pół flachy jogurtu.
Przed każdym przełknięciem biorę głęboki wdech i wbijam paznokcie w skórę. Jak mi to przejdzie, to z czkawki się chyba nie wygrzebię przez kwartał.
Bardzo ciężko mi się mówi, pewnie połowa osób dzwoniących do mnie się poobraża, bo tłumaczenie "słuchaj, mam szczękościsk i gulę w gardle" jest za długie do powiedzenia, porozumiewam się monosylabami przez zaciśnięte zęby, co sprawia wrażenie, jakbym była udzielną księżną, robiącą wszystkim łaskę.
W życiu się tyle nie nazastanawiałam, zanim coś przełknę. Czuję się jak gęś.
Głupia gęś.
3.
Gdyby nie to, że praktycznie nie mogę przełykać, a pod brodą zrobił mi się drugi podbródek, który wpełza właściwie na pół szyi, byłoby nawet nieźle. Przez większą część dnia śpię, przez mniejszą się trzęsę, a od czasu do czasu staram się zjeść jakąś kaszkę bądź zupkę. Z rozsądku. Bo przełyka mi się strasznie trudno, a do tego ten szczękościsk.
I pomyśleć, że dawno temu śmiałam się z flamingów, że jedzą tylko to, co ma nie więcej niż 1 centymetr, bo większe kąski nie mieszczą im się do dziobów.
To WCALE nie jest śmieszne ;D.
Mam ten antybiotyk. Wiadomość pozytywna: mieści mi się do ust.
I pomyśleć, że dawno temu śmiałam się z flamingów, że jedzą tylko to, co ma nie więcej niż 1 centymetr, bo większe kąski nie mieszczą im się do dziobów.
To WCALE nie jest śmieszne ;D.
Mam ten antybiotyk. Wiadomość pozytywna: mieści mi się do ust.
niedziela, 10 kwietnia 2011
zapalenie okostnej - dzień drugi
Dziennik z choroby.
Śniło mi się, że jestem samolotem. A właściwie, że mam być. Takim samolotem złożonym z puszek po farbie. Kiedy się o 5:10 obudziłam, byłam pewna, że składam się z kilku kawałków (niektóre wyraźnie czułam) i musiałam ruszać wszystkimi, żeby zrozumieć, że jeszcze stanowię całość i to niekoniecznie samolotową.
W ramach szczękościsku nie jem nic, a jak już coś jem, to są to zupy.
Włącznie z zupą mleczną, której teoretycznie nie powinnam, bo mój organizm, kiedy wszedł w dorosłość, mleko trawić przestał.
Jutro wybieram się do dentysty po antybiotyk.
Kiedy wybierałam się w analogicznej sytuacji ponad rok temu, dentystka od razu chwyciła za skalpel. Jeśli zechce chwycić jutro, to chyba będzie mogła rozciąć mi gardło, a i to od zewnątrz. Spuchłam tym razem nie w poziomie, ale w pionie, wszystko poszło mi w szyję. Ust nie otworzę, nie że ze strachu, tylko przez szczękościsk, który nie pozwala rozewrzeć gęby na szerokość małego palca.
Ułatwiam sobie życie jak mogę, ale niedużo mogę. Chociaż dzisiaj wynalazłam sposób na płukanie zębów po myciu (mycie to też jest męczarnia, przydałby się kijek...) - macham na boki głową i wtedy woda mi się w środku przelewa.
Potrzeba jest matką wynalazków.
Niekoniecznie mądrych.
Śniło mi się, że jestem samolotem. A właściwie, że mam być. Takim samolotem złożonym z puszek po farbie. Kiedy się o 5:10 obudziłam, byłam pewna, że składam się z kilku kawałków (niektóre wyraźnie czułam) i musiałam ruszać wszystkimi, żeby zrozumieć, że jeszcze stanowię całość i to niekoniecznie samolotową.
W ramach szczękościsku nie jem nic, a jak już coś jem, to są to zupy.
Włącznie z zupą mleczną, której teoretycznie nie powinnam, bo mój organizm, kiedy wszedł w dorosłość, mleko trawić przestał.
Jutro wybieram się do dentysty po antybiotyk.
Kiedy wybierałam się w analogicznej sytuacji ponad rok temu, dentystka od razu chwyciła za skalpel. Jeśli zechce chwycić jutro, to chyba będzie mogła rozciąć mi gardło, a i to od zewnątrz. Spuchłam tym razem nie w poziomie, ale w pionie, wszystko poszło mi w szyję. Ust nie otworzę, nie że ze strachu, tylko przez szczękościsk, który nie pozwala rozewrzeć gęby na szerokość małego palca.
Ułatwiam sobie życie jak mogę, ale niedużo mogę. Chociaż dzisiaj wynalazłam sposób na płukanie zębów po myciu (mycie to też jest męczarnia, przydałby się kijek...) - macham na boki głową i wtedy woda mi się w środku przelewa.
Potrzeba jest matką wynalazków.
Niekoniecznie mądrych.
sobota, 12 marca 2011
1072. POM. Pierwszy od lat.
Zrobiłam sobie wielokilometrowy spacer w rytmie motywu starców z "Lobotomobilu". Szłam noga za nogą w tempie przeciętnego ślimaka, aż nagle z letargu wyrwał mnie dźwięk smsa. Arturek. Który napisał, że jest w Jaworznie i zapytywał, kiedy chcę POM. Oddzwoniłam, mówiąc, że chcę natychmiast i najlepiej niech Arturek po mnie wyjdzie, bo bardzo powoli idę z centrum. Określiłam swoje położenie geograficzne, a Arturek oznajmił, że już wychodzi.
Nie przyspieszyłam, dalej szłam bardzo powoli.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
I szłam.
I kiedy doszłam już do Arturka, który poruszał się krokiem szybszym niż ja (bo trudno byłoby mu się poruszać wolniejszym), Arturek stwierdził "no, nie spieszy ci się do mnie!".
A potem wpadłam mu w ramiona po raz pierwszy od wieków.
I poszliśmy na POM. Który wyglądał jak wszystkie POMy zawsze.
I wiecie co? Arturek powiedział, że... chciałby być akustykiem. Już robi czasami nagłośnienia różnych imprez.
Zaproponowałam, że jakby zakładał firmę, to niech mnie weźmie na oświetleniowca.
Mrówka: Ale ja nie mam swoich reflektorów :(...
Arturek: To dam ci lampkę i będziesz z nią biegała po scenie.
Mrówka: Dobra!
Arturek (w zadumie): I zamiast PAR-ów będzie par-ę lampek...
Nie przyspieszyłam, dalej szłam bardzo powoli.
Szłam.
I szłam.
I szłam.
I szłam.
I kiedy doszłam już do Arturka, który poruszał się krokiem szybszym niż ja (bo trudno byłoby mu się poruszać wolniejszym), Arturek stwierdził "no, nie spieszy ci się do mnie!".
A potem wpadłam mu w ramiona po raz pierwszy od wieków.
I poszliśmy na POM. Który wyglądał jak wszystkie POMy zawsze.
I wiecie co? Arturek powiedział, że... chciałby być akustykiem. Już robi czasami nagłośnienia różnych imprez.
Zaproponowałam, że jakby zakładał firmę, to niech mnie weźmie na oświetleniowca.
Mrówka: Ale ja nie mam swoich reflektorów :(...
Arturek: To dam ci lampkę i będziesz z nią biegała po scenie.
Mrówka: Dobra!
Arturek (w zadumie): I zamiast PAR-ów będzie par-ę lampek...
sobota, 5 marca 2011
1069.
Techniczny tego zespołu miał jasno sprecyzowane cele: neony, neony, jak najwięcej neonów. W czterech kolorach: żółtym, zielonym, czerwonym i liliowym. W kształcie przypominającym wykres funkcji arc sinx. Obwiesił tymi neonami wszystkie ściany tak gęsto, jak tylko się dało. Trochę mnie dziwiło, że taki zestaw kolorystyczny daje światło o barwie zgniłej zieleni, ale cóż - na pracy ze światłem kolorowym jeszcze się nie znam, a neony to już czarna magia.
Poobwieszał te ściany i spektakl miał się już zacząć, ale byłam jedynym widzem - i jedyną osobą na sali, bo aktorów jakby zabrakło. Być może miał to być spektakl o neonach. Tak sobie pomyślałam, kiedy do sali weszło pięć zdeterminowanych krasnoludków. Weszły, zajęły miejsca na widowni i wtedy się zaczęło.
Najpierw wstrząs był lekki, chociaż odczuwalny. Potem przybierał na sile, aż wreszcie wszystkie neony, przyczepiane tylko od góry, zaczęły się o siebie obijać.
Wybiegłam przed budynek. I tak naprawdę przy dwudziestostopniowym mrozie nie przeszkadzało mi, że mam na sobie tylko dżinsy i podkoszulek, w końcu - udało mi się uratować, nie narzekałam.
Ale kiedy wstrząsy się skończyły, postanowiłam wrócić do góry i zabrać jakąś kurtkę.
W drzwiach pomieszczenia, w którym leżał mój plecak, zderzyłam się z wychodzącą panią. Owa pani powiedziała, że robiła zdjęcia pozostawionym przedmiotom, żeby zapobiec kradzieżom. Podała mi numer swojej komórki i poprosiła o kontakt, kiedy zorientuję się, czy nic mi w plecaku nie brakuje.
Obiecałam, że zadzwonię za dwie minuty.
Wyszłam przed budynek i spotkałam prezydenta USA. Kariery jako portrecista to ja już nie zrobię, ale ponieważ intuicja mi mówiła, że to właśnie ten prezydent, uwierzyłam.
I zaczęłam z nim rozmawiać.
Po angielsku.
Właściwie to był bardziej mój monolog do niego.
Opowiadałam mu, że tu byłam na pierwszym piętrze i tak bardzo trzęsło, nie wiem, co bym zrobiła podczas takiego trzęsienia ziemi w domu, skoro mieszkam na piętrze czwartym. Nawet nie miałabym gdzie uciec.
Powoli docierało do mnie, że wtedy pewnie bym zginęła, prezydent uprzejmie kiwał głową, doszliśmy do rogu budynku.
Za rogiem zima zmieniła się w środek wakacji, a w miejscu prezydenta pojawiła się Ania Sz.
"Sprawdzam, czy byś się już dogadała po angielsku" - powiedziała.
I wtedy się obudziłam.
Środek nocy.
Na szczęście nie było akurat żadnego tąpnięcia górniczego, bo bym umarła ze strachu od razu.
Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy gdzieś tych idiotyzmów nie zapisać, ale uznałam, że tak głupi sen zapamiętam ze wszystkimi szczegółami do jutrzejszego wieczora.
Aha, zapomniałam zadzwonić.
Poobwieszał te ściany i spektakl miał się już zacząć, ale byłam jedynym widzem - i jedyną osobą na sali, bo aktorów jakby zabrakło. Być może miał to być spektakl o neonach. Tak sobie pomyślałam, kiedy do sali weszło pięć zdeterminowanych krasnoludków. Weszły, zajęły miejsca na widowni i wtedy się zaczęło.
Najpierw wstrząs był lekki, chociaż odczuwalny. Potem przybierał na sile, aż wreszcie wszystkie neony, przyczepiane tylko od góry, zaczęły się o siebie obijać.
Wybiegłam przed budynek. I tak naprawdę przy dwudziestostopniowym mrozie nie przeszkadzało mi, że mam na sobie tylko dżinsy i podkoszulek, w końcu - udało mi się uratować, nie narzekałam.
Ale kiedy wstrząsy się skończyły, postanowiłam wrócić do góry i zabrać jakąś kurtkę.
W drzwiach pomieszczenia, w którym leżał mój plecak, zderzyłam się z wychodzącą panią. Owa pani powiedziała, że robiła zdjęcia pozostawionym przedmiotom, żeby zapobiec kradzieżom. Podała mi numer swojej komórki i poprosiła o kontakt, kiedy zorientuję się, czy nic mi w plecaku nie brakuje.
Obiecałam, że zadzwonię za dwie minuty.
Wyszłam przed budynek i spotkałam prezydenta USA. Kariery jako portrecista to ja już nie zrobię, ale ponieważ intuicja mi mówiła, że to właśnie ten prezydent, uwierzyłam.
I zaczęłam z nim rozmawiać.
Po angielsku.
Właściwie to był bardziej mój monolog do niego.
Opowiadałam mu, że tu byłam na pierwszym piętrze i tak bardzo trzęsło, nie wiem, co bym zrobiła podczas takiego trzęsienia ziemi w domu, skoro mieszkam na piętrze czwartym. Nawet nie miałabym gdzie uciec.
Powoli docierało do mnie, że wtedy pewnie bym zginęła, prezydent uprzejmie kiwał głową, doszliśmy do rogu budynku.
Za rogiem zima zmieniła się w środek wakacji, a w miejscu prezydenta pojawiła się Ania Sz.
"Sprawdzam, czy byś się już dogadała po angielsku" - powiedziała.
I wtedy się obudziłam.
Środek nocy.
Na szczęście nie było akurat żadnego tąpnięcia górniczego, bo bym umarła ze strachu od razu.
Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy gdzieś tych idiotyzmów nie zapisać, ale uznałam, że tak głupi sen zapamiętam ze wszystkimi szczegółami do jutrzejszego wieczora.
Aha, zapomniałam zadzwonić.
sobota, 12 lutego 2011
1057. mały miś i rozumek
- Mam taki duży słoik i w nim resztkę miodu na dnie - napisałam Fimbulkowi. - Problem w tym, że słoik jest większy niż długość łyżeczki.
- Hahaha - odparł Fimbul. - Masz dylematy niczym Kubuś Puchatek.
- Hahaha - odparł Fimbul. - Masz dylematy niczym Kubuś Puchatek.
czwartek, 10 lutego 2011
Arturka poznałam gdzieś tak w czwartej albo piątej klasie podstawówki. Nauczycielka muzyki, która prowadziła szkolny chórek (w którym to wokalnie się udzielałam do końca szkoły ;)) powiedziała mi pewnego dnia, że znalazła kogoś, kto będzie mógł nam akompaniować. I dodała, że to solidny i odpowiedzialny chłopak. Ów solidny i odpowiedzialny pojawił się na następnej próbie, potem okazało się, że mieszka w "moim" bloku, tylko w pierwszej klatce (ja w trzeciej), a potem już bawiliśmy się razem pod blokiem.
Na zakończenie ósmej klasy (mojej) graliśmy "Sambę de Janeiro" w aranżacji na keyboard (Arturek) i flet, a do tego czasu wszystkie spotkania nazywaliśmy "próbami" - bo z reguły próbowaliśmy na nich coś wspólnie grać.
Kiedy się rozstaliśmy to Arturkowe hasło "zostańmy przyjaciółmi" brzmiało tak schematycznie, jak tylko takie hasło brzmieć może. Trzech dni potrzebowaliśmy, żeby odbudować stare kontakty na trudniejszym poziomie.
Z czasem przyjaźń z dzieciństwa trochę nam wyewoluowała, zmieniła się z zabawowo-muzycznej na mocno rozgadaną. Mogliśmy znikać na całe dni i dzielić się wszystkimi przeżyciami, radościami, smutkami, strachami i szczęściem. Wtedy tata Arturka nazwał nasze długie wypady na spacery "POM" (Powolny Obchód Miasta). Arturek trafił do moich pierwszych w życiu komiksów, a w świadomości wszystkich znajomych i rodzin utrwaliła się właśnie ta, stosowana przeze mnie, zdrobniała wersja jego imienia. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć o Arturku "Artur", zaczynam się jąkać ;D.
Byliśmy razem na mojej studniówce (do tej pory śmieszy mnie komentarz Arturka do wyjątkowo nieudanego programu "artystycznego", w którym jeden nieudolny żart pojawiał się co dwie minuty... "Im się wydaje, że im częściej to mówią, tym śmieszniej brzmi" - mruknął mi Arturek do ucha i musiałam udawać, że wcale mnie to nie rozbawiło, żeby "artyści" nie wzięli tego rozbawienia przypadkiem za dobrą monetę).
A czasami robiliśmy sobie POMy domowe, w ciemnym pokoju, ja przytulona do ramienia Arturka albo Arturek z głową na moich kolanach. O niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać, nie patrząc sobie w oczy, przyciszonymi głosami, z tremą, ale też i świadomością, że druga strona zrozumie. Co tu dużo ukrywać, łatwiej było trząść się ze strachu i minionych emocji w Arturkowych ramionach, do tej pory, kiedy mam do poruszenia tak trudny temat, wracam pamięcią do POM-ów.
Zdarzało mi się, że po "randkach" z toksycznym eks (wtedy jeszcze nie eks) nie wchodziłam nawet do siebie, tylko od razu pukałam po Arturka i szliśmy na długi spacer, żebym mogła odreagować rozmaite nieprzyjemności. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak Arturek to znosił, faktem jest, że kiedyś stanęłam w jego drzwiach z trudem powstrzymując łzy. Arturek pomagał wtedy przy remoncie, wystarczył mu jeden rzut oka na mnie - powiedział tacie, że musi wyjść. Wskoczył tylko w buty i wyszedł - w pochlapanym farbą i tynkiem dresie. Przesiedzieliśmy wtedy na ławce przed jego blokiem cały wieczór, ja w galowym stroju, Arturek - tak, jak wyszedł z domu. Dużo słów zresztą wtedy nie padło, nie były potrzebne.
Były też wspólne wygłupy, wspólne zdjęcie, Arturkowy tekst "przyjaciół ma się jak zeza - na całe życie" - i odpowiedź po latach, kiedy posłałam Arturkowi ową złotą myśl - "naprawdę coś takiego powiedziałem? No to śmiało możemy powiedzieć, że mamy zeza". Tego smsa mam w telefonie do dzisiaj.
A potem był Kraków i pierwsza z dość licznych dziewczyn Arturka, która powiedziała "ona albo ja".
Że niby albo ja, albo ona.
Byłam wtedy w Krakowie na jakiejś konferencji, Arturek pilnował, żebym się nie zgubiła, powiedział mi o tym ultimatum i światło trochę przygasło. Widywaliśmy się już rzadziej - ale nie mniej intensywnie niż dawniej. To był chyba najtrudniejszy w życiu POM, bo chociaż zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić, to sprawa była z góry przesądzona. Wiedziałam, że muszę się wycofać. Nie, żebym miała ochotę zgrywać bohaterkę - po prostu Arturek był z tą dziewczyną szczęśliwy, nie miałam prawa żądać czegokolwiek dla siebie, poza tym przyszła pora, żeby odwdzięczyć się za to, co dotąd od niego dostałam.
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza? - zapytał Arturek, rzucając mi krótkie spojrzenie. - Jesteś w stanie sobie wyobrazić na przykład pół roku bez POM-u?
- Nie - odparłam wtedy. - Ale nie mam wyjścia, poczekam.
- Mnie też byłoby to trudno wytrzymać - przyznał Arturek. - Dobrze się zastanów.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że skazujemy się na pięć lat.
Na pięć lat bez ani jednej rozmowy (internetowej, telefonicznej czy twarzą w twarz).
Na pięć lat bez ani jednego spotkania.
Na pięć lat udawania, że nie istniejemy dla siebie wzajemnie.
Przez pierwszy rok byłam pewna, że wystarczy przeczekać.
Do trzeciego roku miałam nadzieję, że wszystko da się odwrócić.
Pod koniec czwartego roku uznałam, że nie mam siły - ani możliwości - żeby walczyć i że pora zacząć godzić się z myślą, że wszystko już stracone.
Przegadaliśmy dzisiaj dwie godziny na czacie fb. Trochę trudno w ciągu dwóch godzin w maleńkim okienku zmieścić pięć minionych lat, trochę trudno porozumiewać się skrótami i zestawem suchych faktów, wystukiwanymi na klawiaturze, jeśli przez całe życie woleliśmy kontakt face-to-face. Ale nie wiadomo, kiedy się spotkamy.
Wiadomo za to jedno: nic się przez te pięć długich lat nie zmieniło.
To zdjęcie było już na starym blogu, opublikowane zresztą za zgodą Arturka. 2004 rok. Pstrykałam z ręki i nie robiłam powtórek, do dzisiaj nie wiem, jakim sposobem wyszło, ale mam je też w wersji wywołanej, w ramce na półce :). Zezowaci.
Na zakończenie ósmej klasy (mojej) graliśmy "Sambę de Janeiro" w aranżacji na keyboard (Arturek) i flet, a do tego czasu wszystkie spotkania nazywaliśmy "próbami" - bo z reguły próbowaliśmy na nich coś wspólnie grać.
Kiedy się rozstaliśmy to Arturkowe hasło "zostańmy przyjaciółmi" brzmiało tak schematycznie, jak tylko takie hasło brzmieć może. Trzech dni potrzebowaliśmy, żeby odbudować stare kontakty na trudniejszym poziomie.
Z czasem przyjaźń z dzieciństwa trochę nam wyewoluowała, zmieniła się z zabawowo-muzycznej na mocno rozgadaną. Mogliśmy znikać na całe dni i dzielić się wszystkimi przeżyciami, radościami, smutkami, strachami i szczęściem. Wtedy tata Arturka nazwał nasze długie wypady na spacery "POM" (Powolny Obchód Miasta). Arturek trafił do moich pierwszych w życiu komiksów, a w świadomości wszystkich znajomych i rodzin utrwaliła się właśnie ta, stosowana przeze mnie, zdrobniała wersja jego imienia. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć o Arturku "Artur", zaczynam się jąkać ;D.
Byliśmy razem na mojej studniówce (do tej pory śmieszy mnie komentarz Arturka do wyjątkowo nieudanego programu "artystycznego", w którym jeden nieudolny żart pojawiał się co dwie minuty... "Im się wydaje, że im częściej to mówią, tym śmieszniej brzmi" - mruknął mi Arturek do ucha i musiałam udawać, że wcale mnie to nie rozbawiło, żeby "artyści" nie wzięli tego rozbawienia przypadkiem za dobrą monetę).
A czasami robiliśmy sobie POMy domowe, w ciemnym pokoju, ja przytulona do ramienia Arturka albo Arturek z głową na moich kolanach. O niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać, nie patrząc sobie w oczy, przyciszonymi głosami, z tremą, ale też i świadomością, że druga strona zrozumie. Co tu dużo ukrywać, łatwiej było trząść się ze strachu i minionych emocji w Arturkowych ramionach, do tej pory, kiedy mam do poruszenia tak trudny temat, wracam pamięcią do POM-ów.
Zdarzało mi się, że po "randkach" z toksycznym eks (wtedy jeszcze nie eks) nie wchodziłam nawet do siebie, tylko od razu pukałam po Arturka i szliśmy na długi spacer, żebym mogła odreagować rozmaite nieprzyjemności. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak Arturek to znosił, faktem jest, że kiedyś stanęłam w jego drzwiach z trudem powstrzymując łzy. Arturek pomagał wtedy przy remoncie, wystarczył mu jeden rzut oka na mnie - powiedział tacie, że musi wyjść. Wskoczył tylko w buty i wyszedł - w pochlapanym farbą i tynkiem dresie. Przesiedzieliśmy wtedy na ławce przed jego blokiem cały wieczór, ja w galowym stroju, Arturek - tak, jak wyszedł z domu. Dużo słów zresztą wtedy nie padło, nie były potrzebne.
Były też wspólne wygłupy, wspólne zdjęcie, Arturkowy tekst "przyjaciół ma się jak zeza - na całe życie" - i odpowiedź po latach, kiedy posłałam Arturkowi ową złotą myśl - "naprawdę coś takiego powiedziałem? No to śmiało możemy powiedzieć, że mamy zeza". Tego smsa mam w telefonie do dzisiaj.
A potem był Kraków i pierwsza z dość licznych dziewczyn Arturka, która powiedziała "ona albo ja".
Że niby albo ja, albo ona.
Byłam wtedy w Krakowie na jakiejś konferencji, Arturek pilnował, żebym się nie zgubiła, powiedział mi o tym ultimatum i światło trochę przygasło. Widywaliśmy się już rzadziej - ale nie mniej intensywnie niż dawniej. To był chyba najtrudniejszy w życiu POM, bo chociaż zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić, to sprawa była z góry przesądzona. Wiedziałam, że muszę się wycofać. Nie, żebym miała ochotę zgrywać bohaterkę - po prostu Arturek był z tą dziewczyną szczęśliwy, nie miałam prawa żądać czegokolwiek dla siebie, poza tym przyszła pora, żeby odwdzięczyć się za to, co dotąd od niego dostałam.
- Ale zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza? - zapytał Arturek, rzucając mi krótkie spojrzenie. - Jesteś w stanie sobie wyobrazić na przykład pół roku bez POM-u?
- Nie - odparłam wtedy. - Ale nie mam wyjścia, poczekam.
- Mnie też byłoby to trudno wytrzymać - przyznał Arturek. - Dobrze się zastanów.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że skazujemy się na pięć lat.
Na pięć lat bez ani jednej rozmowy (internetowej, telefonicznej czy twarzą w twarz).
Na pięć lat bez ani jednego spotkania.
Na pięć lat udawania, że nie istniejemy dla siebie wzajemnie.
Przez pierwszy rok byłam pewna, że wystarczy przeczekać.
Do trzeciego roku miałam nadzieję, że wszystko da się odwrócić.
Pod koniec czwartego roku uznałam, że nie mam siły - ani możliwości - żeby walczyć i że pora zacząć godzić się z myślą, że wszystko już stracone.
Przegadaliśmy dzisiaj dwie godziny na czacie fb. Trochę trudno w ciągu dwóch godzin w maleńkim okienku zmieścić pięć minionych lat, trochę trudno porozumiewać się skrótami i zestawem suchych faktów, wystukiwanymi na klawiaturze, jeśli przez całe życie woleliśmy kontakt face-to-face. Ale nie wiadomo, kiedy się spotkamy.
Wiadomo za to jedno: nic się przez te pięć długich lat nie zmieniło.
To zdjęcie było już na starym blogu, opublikowane zresztą za zgodą Arturka. 2004 rok. Pstrykałam z ręki i nie robiłam powtórek, do dzisiaj nie wiem, jakim sposobem wyszło, ale mam je też w wersji wywołanej, w ramce na półce :). Zezowaci.
wtorek, 1 lutego 2011
wtorek, 25 stycznia 2011
Z rzeczy dziwnych, przedziwnych i cudacznych.
Dostałam wczoraj jubileuszową publikację jednego z wydawnictw, oferujących książki dla dzieci. W publikacji są między innymi wypowiedzi różnych czytelników i jeden fragment recenzji. Mojej.
Dostałam wczoraj propozycję półrocznej pracy nad stroną tekstową pewnego wydarzenia. Wstępnie się zgadzam (niewstępnie, przypuszczam, też, kiedyś marzyłam o takiej możliwości, mam szansę spróbować).
Dostałam wczoraj informację o tym, że już fizycznie jest pierwsza (z tegorocznych chyba sześciu, jeśli dobrze liczę) książka, w której ukazał się mój tekst. Sprzed lat X.
Na szczegóły jednej z tekstowych ofert, którą muszę nagiąć do własnych wymogów, czekam.
"Świat mój składa się ze słów".
Uciekam przed tym do kabli, a dzisiaj odpuszczam sobie wszystko, łącznie z Bielskiem.
Dostałam wczoraj jubileuszową publikację jednego z wydawnictw, oferujących książki dla dzieci. W publikacji są między innymi wypowiedzi różnych czytelników i jeden fragment recenzji. Mojej.
Dostałam wczoraj propozycję półrocznej pracy nad stroną tekstową pewnego wydarzenia. Wstępnie się zgadzam (niewstępnie, przypuszczam, też, kiedyś marzyłam o takiej możliwości, mam szansę spróbować).
Dostałam wczoraj informację o tym, że już fizycznie jest pierwsza (z tegorocznych chyba sześciu, jeśli dobrze liczę) książka, w której ukazał się mój tekst. Sprzed lat X.
Na szczegóły jednej z tekstowych ofert, którą muszę nagiąć do własnych wymogów, czekam.
"Świat mój składa się ze słów".
Uciekam przed tym do kabli, a dzisiaj odpuszczam sobie wszystko, łącznie z Bielskiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



