Lubię mrówki.
To znaczy bez przesady, nie biegam za nimi i nie całuję każdej w pyszczek, nie pozwalam im po sobie łazić (w Lecie Tove Jansson była taka genialna scena, kiedy jedno dziecko miało narysować coś najokropniejszego, co potrafi. Dziecko najbardziej bało się mrówek i narysowało siebie - "dziecko z brzydkimi sterczącymi włosami, które stało i darło się, podczas gdy właziły na nie mrówki"), nie dotykam, nie zgadzam się, żeby się włóczyły w miejscach, w których ja przebywam i nie unoszę się pięć centymetrów nad chodnikiem.
Ale też nie zabijam, kiedy jakąś na swoim miejscu zobaczę.
W zimie znalazłam jedną na parapecie w pokoju brata. Małą (jak pół standardowej mrówki czerwonej), czarną i taką uroczą. Obserwowałam ją przez kilka dni - okazało się, że nigdy nie złazi z jednej swojej trasy - od doniczki do doniczki. Podobno było ich kilka, ale zostały wybite i ocalała ta jedna. A skoro grzecznie mieszkała w kwiatkach, a nie łaziła po pokoju - mogła sobie poistnieć.
Któregoś dnia chodziła po parapecie wyraźnie zmartwiona. I cały czas szukała czegoś czułkami. Wydawało mi się, że jedzenia, ale ja się nie znam na mrówkach. Można było to sprawdzić... Wpadłam na pomysł. Wzięłam małe ziarenko prosa i położyłam na parapecie. Mrówka podeszła, nieufnie obwąchała ziarenko, podskoczyła z radości i próbowała je przepchnąć. Ani drgnęło. Wzięła rozbieg i w nie uderzyła łapkami. Ani drgnęło. Wlazła na nie i próbowała je podnieść. Ani drgnęło. Zwątpiła i wznowiła poszukiwania. Rozgniotłam ziarenko pięciogroszówką i ten cały proszek, który się zrobił, wysypałam przed mrówką.
Jak ona się ucieszyła!
Porwała jeden okruszek, uniosła go nad głowę i pobiegła.
Pogalopowała.
Zawołałam brata i patrzyliśmy, jak mrówka z kawalątkiem jedzenia cwałuje do doniczki.
Kiedy wyłaziła do góry nogami (po podstawce) spadło jej ziarenko. Wróciła po nie i wbiegła do doniczki.
Od tamtej pory co jakiś czas podrzucaliśmy jej z bratem po okruszku. Człowiek w końcu robi się odpowiedzialny za to, co oswaja.
Już jej nie ma zresztą.
A apoftegmatyczna historyjka Kochanowskiego, która mnie od trzech dni śmieszy do rozpuku, wygląda tak:
"Ciecierski, w radomskiej ziemi, usłyszawszy żaka pod oknem, który, wywróciwszy niebacznie słowa, tak śpiewał: "Jezus Judasza przedał", etc. -- "Dobrze tak -- powiada -- bo Go on też był przedtym przedał"."
(źródło: http://pl.wikisource.org/wiki/Jezus_Judasza_przeda%C5%82 )
No i jak tu dorównać? Nie ma bata ;)
sobota, 11 sierpnia 2007
piątek, 10 sierpnia 2007
334. jak dobrze mieć sąsiada
Przypomniał mi się wczoraj rano kawał o bacy. Jak to wyszedł baca rankiem z chałupy, przeciągnął się i wrzasnał z zachwytem: "jaki piękny dzień!", a echo z przyzwyczajenia odpowiedziało "...mać ...mać ...mać". Dobrze, że mieszkam na bezechowym osiedlu, bo kto wie, kto wie...
Śpię sobie, a właściwie zaczynam się budzić, bo dziesiąta dochodzi, a tu zza okna dochodzi do mnie czyjś pełen radości głos:
- Jaki piękny poraaneek!!!
Tja... ;)
Śpię sobie, a właściwie zaczynam się budzić, bo dziesiąta dochodzi, a tu zza okna dochodzi do mnie czyjś pełen radości głos:
- Jaki piękny poraaneek!!!
Tja... ;)
niedziela, 5 sierpnia 2007
332. raz na wozie
Nie pamiętam, po co mi to było, możliwe że do zwyczajnej prowokacji albo zagajenia rozmowy. Zapytałam kiedyś Marka Lenca o zdanie podrzędne.
- Uwielbiam Marka, który jest cudowny - podałam mu przykład, pierwszy z brzegu i niekoniecznie prawdziwy.
- Tu oba zdania są nadrzędne - sprzeciwił się Marek. - Bo oba są z sensem i na właściwy temat. Więc po co takie ładne zdanie brudzić podrzędnością?
Tjaaa...
Mam wrażenie, że Sal zareagowałby podobnie ;)
- Uwielbiam Marka, który jest cudowny - podałam mu przykład, pierwszy z brzegu i niekoniecznie prawdziwy.
- Tu oba zdania są nadrzędne - sprzeciwił się Marek. - Bo oba są z sensem i na właściwy temat. Więc po co takie ładne zdanie brudzić podrzędnością?
Tjaaa...
Mam wrażenie, że Sal zareagowałby podobnie ;)
czwartek, 2 sierpnia 2007
331. wpis
Poszłam dzisiaj dokonać wpisu na te studia, co to wszyscy poza mną wiedzieli, jaką odpowiedź z Ulubionego Wydziału dostanę, a mnie w chwili otwierania koperty z informacją skakało ciśnienie. Z piętra.
Przy okazji poszłam, bo byłam na wydziale umówiona z trzema w sumie osobami - wakacje, nie wakacje, ale rozprowadzanie książek do recenzji musi działać ;).
Wychodzę z Fimbulem i Luckiem do Ani, na pierwsze piętro.
- Może któryś z was ma ochotę ponieść ciężką torbę? - pytam.
- Nie, to zbyt niebezpieczne - odpowiada Lucek.
- Jak to?
- No, wiesz, feministki i te sprawy...
- Ale ja jestem ANTYfeministką! - warknęłam.
- Ale ja o tym nie wiem! - zripostował Lucek.
Jak się dowiedział, byliśmy już na piętrze ;)
Pani w nowym dziekanacie wytrzeszczyła oczy.
- To JUŻ chce się pani zapisać?
- No niekoniecznie dzisiaj, mogę przyjść we wrześniu - powiedziała Mrówka, która sobie uświadomiła, że jest sierpień.
- Dobra, może być dzisiaj - machnęła ręką pani z dziekanatu. Tylko proszę poczekać na zewnątrz pięć minut, muszę program uruchomić.
Wyszłam na zewnątrz.
Fimbul i Lucek, którzy tam na mnie czekali, dostali natychmiastowego ataku śmiechu.
- JUŻ cię wyrzucili? - wykrztusił któryś z nich.
- Nie, tylko program się musi uruchomić.
- Taki na korbkę? - zainteresował się Fimbul. I sam sobie odpowiedział - A, już wiem, zabrakło węgla.
Lucek oparł się o ścianę i zaczął płakać.
- Wyobraziłem to sobie właśnie - jęknął.
Za chwilę pani z dziekanatu wyniosła mi papierki do wypełnienia.
Odwróciłam się z pełną przerażenia miną.
Lucek współczująco podał mi długopis, usiedli z Fimbulem z obu moich stron i podpowiadali mi, jak wypełnić formularze.
Najgorzej, oczywiście, było przy dacie.
Wpisuję niepewnie "1.08.2007"
- A dzisiaj drugi jest, hahahaha - cieszy się Lucek.
Poprawiłam.
- "Stosunek do służby wojskowej" - czytam. - Mogę wpisać: "entuzjastyczny"? - podnoszę wzrok na Lucka.
- Wpisz: przerywany! - mruknął Fimbul.
- Ale nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, że tu jest takie słówko: "mężczyźni"... - delikatnie podpowiedział mi Lucek.
- A kto by tam na mężczyzn zwracał uwagę? - pytam i parskam.
- No jako antyfeministka powinnaś, zdecydowanie! - stwierdził Lucek.
No i znowu wszystko na mnie ;)
Przy okazji poszłam, bo byłam na wydziale umówiona z trzema w sumie osobami - wakacje, nie wakacje, ale rozprowadzanie książek do recenzji musi działać ;).
Wychodzę z Fimbulem i Luckiem do Ani, na pierwsze piętro.
- Może któryś z was ma ochotę ponieść ciężką torbę? - pytam.
- Nie, to zbyt niebezpieczne - odpowiada Lucek.
- Jak to?
- No, wiesz, feministki i te sprawy...
- Ale ja jestem ANTYfeministką! - warknęłam.
- Ale ja o tym nie wiem! - zripostował Lucek.
Jak się dowiedział, byliśmy już na piętrze ;)
Pani w nowym dziekanacie wytrzeszczyła oczy.
- To JUŻ chce się pani zapisać?
- No niekoniecznie dzisiaj, mogę przyjść we wrześniu - powiedziała Mrówka, która sobie uświadomiła, że jest sierpień.
- Dobra, może być dzisiaj - machnęła ręką pani z dziekanatu. Tylko proszę poczekać na zewnątrz pięć minut, muszę program uruchomić.
Wyszłam na zewnątrz.
Fimbul i Lucek, którzy tam na mnie czekali, dostali natychmiastowego ataku śmiechu.
- JUŻ cię wyrzucili? - wykrztusił któryś z nich.
- Nie, tylko program się musi uruchomić.
- Taki na korbkę? - zainteresował się Fimbul. I sam sobie odpowiedział - A, już wiem, zabrakło węgla.
Lucek oparł się o ścianę i zaczął płakać.
- Wyobraziłem to sobie właśnie - jęknął.
Za chwilę pani z dziekanatu wyniosła mi papierki do wypełnienia.
Odwróciłam się z pełną przerażenia miną.
Lucek współczująco podał mi długopis, usiedli z Fimbulem z obu moich stron i podpowiadali mi, jak wypełnić formularze.
Najgorzej, oczywiście, było przy dacie.
Wpisuję niepewnie "1.08.2007"
- A dzisiaj drugi jest, hahahaha - cieszy się Lucek.
Poprawiłam.
- "Stosunek do służby wojskowej" - czytam. - Mogę wpisać: "entuzjastyczny"? - podnoszę wzrok na Lucka.
- Wpisz: przerywany! - mruknął Fimbul.
- Ale nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, że tu jest takie słówko: "mężczyźni"... - delikatnie podpowiedział mi Lucek.
- A kto by tam na mężczyzn zwracał uwagę? - pytam i parskam.
- No jako antyfeministka powinnaś, zdecydowanie! - stwierdził Lucek.
No i znowu wszystko na mnie ;)
poniedziałek, 30 lipca 2007
330. won mi z pokoju
Siedzi tu gdzieś ten mały, głupi krwiopijca. Zaczaił się, teraz poczeka, aż zgaszę światło i zacznę zasypiać.
Ech, chyba dzisiaj nie zacznę.
Jeśli tylko zamknę oczy i zapadnę w półsen, zabzyczy mi prosto do ucha.
Nawet się nie poderwę.
Nie będę zapalać światła, po co?
I tak zawsze jest szybszy. Schowa się.
Położę przy łóżku patelnię. I jak tylko usłyszę choćby jedno bzyknięcie, rąbnę z całej siły.
Któreś z nas tego nie przeżyje.
Mam nadzieję, że to nie będę ja.
Już nawet nie mam pretensji o to, że gryzie, że potem lata sobie taki - krew z mojej krwi. Tylko że BZYCZY!!!
Jakby nie mógł gryźć po cichu. Najlepiej kogoś w innym województwie...
A to pierwszy komar w tym roku.
Po tym, jak zeszłoroczny idiota zdechł z głodu.
Chyba z głodu, bo z czego innego? Ani razu mnie nie ugryzł, mieszkał sobie w pokoju i na własne oczy widziałam, jak wgryzał się w poręcz od mojego fotela do spania. Nie zdążyłam go wtedy zabić. A potem już go nie było. A może się wyprowadził, bo mu nie smakował fotel, albo coś...
W drewnianą szafkę też się wgryzał. Nie mam dobrego zdania o komarach, ale ten był przypadkiem szczególnym...
Nie wiem, czy ten, którego przed chwilą widziałam (widziałam, bo mi próbował do oka wleźć, w każdej innej sytuacji zostałby przeoczony, a ja żyłabym sobie w błogiej nieświadomości), więc nie wiem, czy on mnie już ugryzł, czy jeszcze nie.
W związku z tym WSZYSTKO mnie swędzi.
Jeśli nie zobaczę tu dzisiaj jego zwłok, nie kładę się spać.
I kto tu ma krwiożercze myśli?
Ech, chyba dzisiaj nie zacznę.
Jeśli tylko zamknę oczy i zapadnę w półsen, zabzyczy mi prosto do ucha.
Nawet się nie poderwę.
Nie będę zapalać światła, po co?
I tak zawsze jest szybszy. Schowa się.
Położę przy łóżku patelnię. I jak tylko usłyszę choćby jedno bzyknięcie, rąbnę z całej siły.
Któreś z nas tego nie przeżyje.
Mam nadzieję, że to nie będę ja.
Już nawet nie mam pretensji o to, że gryzie, że potem lata sobie taki - krew z mojej krwi. Tylko że BZYCZY!!!
Jakby nie mógł gryźć po cichu. Najlepiej kogoś w innym województwie...
A to pierwszy komar w tym roku.
Po tym, jak zeszłoroczny idiota zdechł z głodu.
Chyba z głodu, bo z czego innego? Ani razu mnie nie ugryzł, mieszkał sobie w pokoju i na własne oczy widziałam, jak wgryzał się w poręcz od mojego fotela do spania. Nie zdążyłam go wtedy zabić. A potem już go nie było. A może się wyprowadził, bo mu nie smakował fotel, albo coś...
W drewnianą szafkę też się wgryzał. Nie mam dobrego zdania o komarach, ale ten był przypadkiem szczególnym...
Nie wiem, czy ten, którego przed chwilą widziałam (widziałam, bo mi próbował do oka wleźć, w każdej innej sytuacji zostałby przeoczony, a ja żyłabym sobie w błogiej nieświadomości), więc nie wiem, czy on mnie już ugryzł, czy jeszcze nie.
W związku z tym WSZYSTKO mnie swędzi.
Jeśli nie zobaczę tu dzisiaj jego zwłok, nie kładę się spać.
I kto tu ma krwiożercze myśli?
piątek, 27 lipca 2007
327. świętowanie
Lubię się rano wyspać, nie powiem. Dlatego niezbyt przyjazne myśli naszły mnie dzisiaj, kiedy przed siódmą rano pod blokiem jakiś kre... ekhm... jakiś facet zaczął się wydzierać.
Wydzierał się do kogoś, kto, sądząc po odgłosach, siedział w oknie.
Po to ludzkość wymyśliła telefony komórkowe (i stacjonarne też zresztą), internety, rozmaite krótkofalówki, łącza z dwóch pudełek i nitki i ozdobną papeterię, żeby facet w XXI wieku musiał się wydzierać pod oknem. Przed siódmą rano.
Grrmrrrh.
Próbowałam zasnąć.
- Mam dzisiaj urodziny! - pochwalił się ów spod okna. - Może wpadniesz? - zawołał do kogoś.
- A kto będzie? - zainteresowała się osoba z okna.
I facet zaczął wyliczać.
Chwała mu za to, że nie podawał rysopisów i wieku. Gdyby na przykład zawołał, że przyjdzie wujek Ziutek, lat trzydzieści cztery, grafik komputerowy, średnio owłosiony, poszłabym spać na balkon. Nie, facet spokojnie i kulturalnie zaczął wyliczać. Mogłam wyjrzeć i złożyć mu życzenia, oblewając go jednocześnie wiaderkiem wody, żeby miał na śmigus-dyngus. Ale nie chciało mi się wstawać i miałam nadzieję na to, że jemu się nie będzie chciało gadać. Chciało mu się.
O SIÓDMEJ RANO. POD OKNEM!
Naliczyłam ośmiu gości (i nie zasnęłam, a podobno liczenie baranów pomaga...). Osoba z okna dalej nie była zdecydowana.
- Przyjdź, bigosik się już od środy gotuje! - zachwalał facet, a we mnie też się zaczęło gotować. Nie bigosik, raczej furia.
Jeszcze coś tam powymieniał i poszedł.
W związku z tym od połowy dnia zaczęli się po osiedlu snuć panowie w wieku konsumpcyjnym, po spożyciu. Różne rzeczy śpiewali, ale mało twórczo. Przeważnie po kilku słowach kończyła im się wena. Spacerom panów towarzyszył dźwięk stukających o siebie flaszek. Niedawno przestali spacerować. I śpiewać. I nastała błoga cisza. Jeśli wieczorem wznowią swoje śpiewy, to znowu się nie wyśpię.
A tak zupełnie bez związku - dzisiaj urodziny ma Sławek (ale to nie on wydzierał się rano pod moim oknem :D).
Posłałam mu smsa (bo zdarzenia ostatnich dni niczego mnie nie nauczyły):
Dla Sławka prezenty, życzenia, ordery
i wierszyk w komórce - niech ma!
od dziś imię jego: Czterdzieści i Cztery!
(to co, że dzielone przez dwa?)
Może bardziej umiliłabym mu urodziny NIE wysyłając tego wierszyka? ;)
Wydzierał się do kogoś, kto, sądząc po odgłosach, siedział w oknie.
Po to ludzkość wymyśliła telefony komórkowe (i stacjonarne też zresztą), internety, rozmaite krótkofalówki, łącza z dwóch pudełek i nitki i ozdobną papeterię, żeby facet w XXI wieku musiał się wydzierać pod oknem. Przed siódmą rano.
Grrmrrrh.
Próbowałam zasnąć.
- Mam dzisiaj urodziny! - pochwalił się ów spod okna. - Może wpadniesz? - zawołał do kogoś.
- A kto będzie? - zainteresowała się osoba z okna.
I facet zaczął wyliczać.
Chwała mu za to, że nie podawał rysopisów i wieku. Gdyby na przykład zawołał, że przyjdzie wujek Ziutek, lat trzydzieści cztery, grafik komputerowy, średnio owłosiony, poszłabym spać na balkon. Nie, facet spokojnie i kulturalnie zaczął wyliczać. Mogłam wyjrzeć i złożyć mu życzenia, oblewając go jednocześnie wiaderkiem wody, żeby miał na śmigus-dyngus. Ale nie chciało mi się wstawać i miałam nadzieję na to, że jemu się nie będzie chciało gadać. Chciało mu się.
O SIÓDMEJ RANO. POD OKNEM!
Naliczyłam ośmiu gości (i nie zasnęłam, a podobno liczenie baranów pomaga...). Osoba z okna dalej nie była zdecydowana.
- Przyjdź, bigosik się już od środy gotuje! - zachwalał facet, a we mnie też się zaczęło gotować. Nie bigosik, raczej furia.
Jeszcze coś tam powymieniał i poszedł.
W związku z tym od połowy dnia zaczęli się po osiedlu snuć panowie w wieku konsumpcyjnym, po spożyciu. Różne rzeczy śpiewali, ale mało twórczo. Przeważnie po kilku słowach kończyła im się wena. Spacerom panów towarzyszył dźwięk stukających o siebie flaszek. Niedawno przestali spacerować. I śpiewać. I nastała błoga cisza. Jeśli wieczorem wznowią swoje śpiewy, to znowu się nie wyśpię.
A tak zupełnie bez związku - dzisiaj urodziny ma Sławek (ale to nie on wydzierał się rano pod moim oknem :D).
Posłałam mu smsa (bo zdarzenia ostatnich dni niczego mnie nie nauczyły):
Dla Sławka prezenty, życzenia, ordery
i wierszyk w komórce - niech ma!
od dziś imię jego: Czterdzieści i Cztery!
(to co, że dzielone przez dwa?)
Może bardziej umiliłabym mu urodziny NIE wysyłając tego wierszyka? ;)
wtorek, 24 lipca 2007
324. kto siedzi w szafie?
- Popatrz - mruknął Olek, wskazując mi jakieś mikroskopijne i niewidzialne kropki na jego koszuli. - Tu sobie wypaliłem dziurę papierosem. Tu mam odrobinę krwi... - jak facet po przejściach, rozwodził się nad stanem własnej garderoby, a ja, bez mała jeżdżąc mu nosem po koszuli, próbowałam dojrzeć to, o czym mówił. W końcu nie wytrzymałam.
- To wiesz co? - zawołałam radośnie - jeszcze sobie potargaj rękaw, poszarp go, to będzie pełny zestaw!
- Skąd w tobie tyle agresji? - zdziwił się Olek i na wszelki wypadek odsunął się ode mnie razem z krzesłem. A potem rzucił jeszcze - Opanuj się!
Nie wiem, skąd mu się wzięły te podejrzenia, że stanowię jakieś zagrożenie...
No dobra, w razie czego pomogłabym mu poszarpać...
Ale tylko na jego wyraźne polecenie ;)
- To wiesz co? - zawołałam radośnie - jeszcze sobie potargaj rękaw, poszarp go, to będzie pełny zestaw!
- Skąd w tobie tyle agresji? - zdziwił się Olek i na wszelki wypadek odsunął się ode mnie razem z krzesłem. A potem rzucił jeszcze - Opanuj się!
Nie wiem, skąd mu się wzięły te podejrzenia, że stanowię jakieś zagrożenie...
No dobra, w razie czego pomogłabym mu poszarpać...
Ale tylko na jego wyraźne polecenie ;)
sobota, 21 lipca 2007
323. kwestie tytułów
- Ty, weź mi wymyśl tytuł... - poprosiłam brata przy obiedzie. - Bo zastanawiam się już drugą godzinę i nic. Poczekam na olśnienie, a jak mnie nic nie natchnie, to chyba ogłoszę konkurs...
- O, konkurs? - ożywił się brat. - A co będzie można wygrać?
- Tytuł! - oznajmiłam.
- To ja poproszę lorda - parsknął brat.
- Co?????
- Nic, ja poczekam, za chwilę zrozumiesz - powiedział brat i zajął się jedzeniem.
Po chwili załapałam.
- Ahaaaa! Nie! Ten tytuł, co go wymyślisz, zaistnieje jako tytuł! To będzie nagroda! A nie że hrabiowski jakiś...
Przez tę rozmowę przypomniał mi się dialog z uczelni.
Śmialiśmy się wtedy, jeszcze przed obronami, z angielskich brzmień tytułów naszych prac magisterskich. Byliśmy akurat na etapie nabijania się z Olka.
- Angielski to jest dziwny język! - zirytował się Olek. - No sami zobaczcie: powieść po angielsku to "novel".
- Ciekawe, jak w takim razie będzie "nowela" - rzucił ktoś.
- To jasne, "powieść" - wzruszyliśmy z Olkiem ramionami, gnani identycznym skojarzeniem.
- A może "story"? - zastanowił się Olek. - Ale "story" u nas to też coś innego! Mówiłem, że to dziwny język!
- O, konkurs? - ożywił się brat. - A co będzie można wygrać?
- Tytuł! - oznajmiłam.
- To ja poproszę lorda - parsknął brat.
- Co?????
- Nic, ja poczekam, za chwilę zrozumiesz - powiedział brat i zajął się jedzeniem.
Po chwili załapałam.
- Ahaaaa! Nie! Ten tytuł, co go wymyślisz, zaistnieje jako tytuł! To będzie nagroda! A nie że hrabiowski jakiś...
Przez tę rozmowę przypomniał mi się dialog z uczelni.
Śmialiśmy się wtedy, jeszcze przed obronami, z angielskich brzmień tytułów naszych prac magisterskich. Byliśmy akurat na etapie nabijania się z Olka.
- Angielski to jest dziwny język! - zirytował się Olek. - No sami zobaczcie: powieść po angielsku to "novel".
- Ciekawe, jak w takim razie będzie "nowela" - rzucił ktoś.
- To jasne, "powieść" - wzruszyliśmy z Olkiem ramionami, gnani identycznym skojarzeniem.
- A może "story"? - zastanowił się Olek. - Ale "story" u nas to też coś innego! Mówiłem, że to dziwny język!
piątek, 20 lipca 2007
322. notka upalna
Nie mam pomysłu na notkę, a wszelkie wysiłki dzisiaj ograniczam do niezbędnego minimum. Nie z gorąca, ja lubię, kiedy jest gorąco. Z lenistwa.
Wygrzebałam z zapisków rozmowę z Olkiem. Dialog z czasów, które opisywałam w notkach 292. i 297.
Mam nadzieję, że Olek mnie za ujawnienie tego nie ukatrupi, siła wyższa.
Było wtedy dość gorąco.
Olek stwierdził, że zaraz, z upału, poleci mu krew z nosa. I, nagle ożywiony, dodał:
- Zejdę za moment do dziekanatu, cały zakrwawiony, z podbitym okiem! [musiałby sobie specjalnie podbijać, przyp. Mrówka] I powiem: polemizowałem z Promotorem!
Bo praca była za słona?
(w końcu Olek między innymi o Soli ziemi miał pisać...)
Wygrzebałam z zapisków rozmowę z Olkiem. Dialog z czasów, które opisywałam w notkach 292. i 297.
Mam nadzieję, że Olek mnie za ujawnienie tego nie ukatrupi, siła wyższa.
Było wtedy dość gorąco.
Olek stwierdził, że zaraz, z upału, poleci mu krew z nosa. I, nagle ożywiony, dodał:
- Zejdę za moment do dziekanatu, cały zakrwawiony, z podbitym okiem! [musiałby sobie specjalnie podbijać, przyp. Mrówka] I powiem: polemizowałem z Promotorem!
Bo praca była za słona?
(w końcu Olek między innymi o Soli ziemi miał pisać...)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


