Czuję się jak w felietonach Grodzieńskiej - pomyślała Mrówka, kiedy tylko postawiła stopę na rybnickiej ziemi.
I to już nawet nie dlatego, że dworzec autobusowy był w miejscu, do którego zamiast dojechać normalnie, jechało się przez sto niepotrzebnych zakrętów.
Nawet nie dlatego, że był przysłonięty tumanami kurzu z pobliskiej budowy.
I nie dlatego, że prawdziwy dworzec autobusowy znajdował się w troszkę innym miejscu.
Mrówka sama nie wiedziała, dlaczego.
No bo chyba nie dlatego, że jedzie się tam 1,5 godziny, beznadziejnie tracąc czas, chociaż można byłoby zrobić setki pożytecznych rzeczy... :| nie będę zmotoryzowana niestety i nigdy.
- Jadę do miasta, którego nie znam, uczyć przedmiotu, którego nie znam - skwitowała wczorajszą rozmowę z Rafałem.
- Ty się prędzej tego miasta nauczysz, niż przedmiotu - odparł Rafał, dając tym samym świadectwo dość dobrej znajomości psychiki Mrówki.
W każdym razie na podbój miasta udałyśmy się razem z Anią Sz. dzisiaj.
Na miejscu Mrówka usiłowała wpakować się pod samochód, ale jej nie wyszło. Kierowca samochodu zatrzymał się na środku pasów i zapytał
- Przepraszam, jak dojechać do... (tu wymienił jakąś miejscowość, czy może ulicę, nie widziałam potrzeby zapamiętywania jej nazwy, skoro i tak nie znałyśmy odpowiedzi)
- Nie wiemy - odpowiedziała Ania. - Jesteśmy tu pierwszy raz.
Tak. Byłyśmy TAM pierwszy raz.
Jako że ulica, która powinna nam się objawić jako pierwsza, nie zaistniała, poszłyśmy posługując się Anią jako GPS-em.
Ale najpierw...
- Czekaj, zapytamy kogoś - zaproponowała Ania, łapiąc jakiegoś przechodnia.
- Tamten kierowca też kogoś zapytał, i co? Dowiedział się? - mruknęła Mrówka, której poza Grodzieńską o powadze sytuacji przypominał jeszcze stary kawał o poliglocie, który się nic nie dowiedział, bo polskiego nie znał. Ale Ania wprowadzała już w czyn swój pomysł na złapanie chodzącego drogowskazu.
- Przepraszam bardzo, gdzie jest ulica Reja? - zapytała grzecznie upolowanego przechodnia (znaczy, Ania grzecznie, a przechodzień upolowany, nie żeby przechodzień był grzecznie upolowany).
- Nie wiem, nie jestem stąd - odparł nagabnięty i uciekł, przechodząc ulicę w niedozwolonym miejscu. I nie wpadając pod samochód (co Mrówka próbowała uczynić na pasach).
Następny przechodzień uciekł, przechodząc jezdnię w niedozwolonym miejscu ZANIM zdążyłyśmy go o cokolwiek zapytać.
Kilku następnych zrobiło to samo, więc w końcu poszłyśmy tam, gdzie Anię intuicja powiodła.
I trafiłyśmy. Idąc zupełnie inną trasą niż ta, którą wczoraj wieczorem wskazały nam mapki.
A przy okazji próbowałyśmy rozwikłać tajemnicę łony.
To znaczy ulicy Łony.
- A może to jest ulica łona? - zastanowiła się Mrówka. - Że łona natury czy coś? Albo ulica nazwana od hiphopowca? Albo może to takie gwarowe? Że ona tylko z ł na początku? (bo słowo "labializacja" do głowy mi w tym momencie nie przyszło)
- Ale to jest ŁonY! - wyprowadziła mnie brutalnie z tych rozważań Ania. - ŁonY, a nie ŁonA. A może to jakieś nazwisko?
No i zepsuła mi taką piękną koncepcję.
A teraz dalej nie wiemy, o co chodziło z tym Łony, chociaż uliczkę znalazłyśmy.
ogłoszenie postscriptowe płatne
w związku z tym, że tak naprawdę to posiadam chorobę lokomocyjną i każdy dalszy wyjazd mnie przyprawia po powrocie o zmęczenie ponad możliwości ogłaszam, że robię sobie przerwę ze wszystkim. Nie przepiszę żadnej z zalegających tu 35 recenzji, nie będę dalej pisać rozdziału, który mi się powakacyjnie już zaczął, nie będę ciągnąć Rewii (z tym to w ogóle chyba do powrotu Egzekutora zaczekam, zresztą dzisiaj muszę się wyspać), nie będę pisać rozmaitych prac konkursowo-publikacyjno-naukowo-rozrywkowych (czyli żadnych), nie będę rozszyfrowywać TeXa (por.: K. w notce niżej), nie będę sobie studiować Słownika rodzajów i gatunków literackich, chociaż kusi jak nie wiem co, nie będę myśleć (czego dowodem są notki), nie będę się uczyć języków obcych (i nieobcych też nie), nie będę czytać tego, co powinnam (za to będę to, czego nie powinnam, jak choćby Grodzieńską, Calvina i Hobbesa czy Wpadki komentatorów), na widok mapy zacznę pluć.
W ogóle nie będę niczego (a, prezydentem też nie zostanę. Ani politykiem, bo, jak powiedziałam dzisiaj Ani w busie, nie potrafiłabym tak nic nie robić).
Idę spać.
Ale to, że się wyśpię, nie oznacza, że wigor mi szybko wróci.
Branoc.
czwartek, 30 sierpnia 2007
środa, 29 sierpnia 2007
347.porady
Przeprowadzam wywiad środowiskowy. To znaczy pytam przedstawicieli rozmaitych środowisk, czego oczekiwaliby po zajęciach, które będę mieć przyjemność prowadzić. Uzbierało się w ten sposób już kilka niezłych pomysłów, ale wywiad przeprowadzam dalej i konsekwentnie.
Rano pomyślałam sobie, że warto byłoby zapytać moją dawną klasę matematyczno-informatyczną ukochaną i niezastąpioną. W końcu wypracowania z polskiego im pisałam ;).
I akurat kiedy wracałam z Bytomia, spotkałam w autobusie Rafała.
Rafał teraz buduje autostradę A1 (wszyscy solidarnie oznajmili, że nie będą się po niej poruszać, nie wiem, czy wynika to z niewiary w Rafała, czy z niewiary w autostrady jako takie. Nie wiem też, czy autostrady jeszcze nie ma dlatego, że Rafał ją buduje, czy z jakiegoś innego powodu). Żal mi go trochę, bo na swoje miejsce pracy, żeby nadzorować budowę, musi czymś dojechać. A dróg nie ma. A jak już zbuduje drogi, to nie będzie musiał tam jeździć. Ot, i sytuacja nierozwiązywalna.
W każdym razie zapytałam go, co by wybrał na moim miejscu.
- Wracam do was - oznajmiłam. - Najpierw, przez całą podstawówkę byłam humanistką. W LO robiłam za umysł ścisły. Na studiach z tego zrezygnowałam, a teraz znowu będę jedną z was...
Rafał stłumił parsknięcie i zaproponował:
- Napisz o tym do K.
Niezły pomysł. K. wyrasta nam na informatycznego geniusza i eksperta od spraw komputerowych, może jakiś ciekawy pomysł mi podrzuci. Na wszelki wypadek jednak upewniłam się:
- A nie myślisz, że K. padnie ze śmiechu?
- Na pewno padnie! - brzmiała odpowiedź Rafała. - Przecież ja mało nie padłem, tylko się powstrzymywałem z grzeczności! Ale jak już się wyśmieje, to może coś sensownego ci podpowie.
- Dobra, to dostarczę mu odrobiny rozrywki, niech ma coś z życia - obiecałam, a zaraz potem rozmowa zeszła nam na pracę Rafała.
- Muszę się nauczyć cwaniactwa - westchnął Rafał z rozżaleniem. - I opieprzania ludzi. I przeklinania.
Wytrzeszczałam na niego oczy coraz bardziej. Rafał należał do najspokojniejszych i najcichszych ludzi w klasie. Mimo starań nie udało mi się wyobrazić go w takiej roli...
Kiedy wysiadałam, Rafał zawołał jeszcze:
- Powodzenia na informatyce!
- Powodzenia w opieprzaniu ludzi - odgryzłam mu się, a jakaś pani popatrzyła na niego ze zgorszeniem.
Ha ;).
Rano pomyślałam sobie, że warto byłoby zapytać moją dawną klasę matematyczno-informatyczną ukochaną i niezastąpioną. W końcu wypracowania z polskiego im pisałam ;).
I akurat kiedy wracałam z Bytomia, spotkałam w autobusie Rafała.
Rafał teraz buduje autostradę A1 (wszyscy solidarnie oznajmili, że nie będą się po niej poruszać, nie wiem, czy wynika to z niewiary w Rafała, czy z niewiary w autostrady jako takie. Nie wiem też, czy autostrady jeszcze nie ma dlatego, że Rafał ją buduje, czy z jakiegoś innego powodu). Żal mi go trochę, bo na swoje miejsce pracy, żeby nadzorować budowę, musi czymś dojechać. A dróg nie ma. A jak już zbuduje drogi, to nie będzie musiał tam jeździć. Ot, i sytuacja nierozwiązywalna.
W każdym razie zapytałam go, co by wybrał na moim miejscu.
- Wracam do was - oznajmiłam. - Najpierw, przez całą podstawówkę byłam humanistką. W LO robiłam za umysł ścisły. Na studiach z tego zrezygnowałam, a teraz znowu będę jedną z was...
Rafał stłumił parsknięcie i zaproponował:
- Napisz o tym do K.
Niezły pomysł. K. wyrasta nam na informatycznego geniusza i eksperta od spraw komputerowych, może jakiś ciekawy pomysł mi podrzuci. Na wszelki wypadek jednak upewniłam się:
- A nie myślisz, że K. padnie ze śmiechu?
- Na pewno padnie! - brzmiała odpowiedź Rafała. - Przecież ja mało nie padłem, tylko się powstrzymywałem z grzeczności! Ale jak już się wyśmieje, to może coś sensownego ci podpowie.
- Dobra, to dostarczę mu odrobiny rozrywki, niech ma coś z życia - obiecałam, a zaraz potem rozmowa zeszła nam na pracę Rafała.
- Muszę się nauczyć cwaniactwa - westchnął Rafał z rozżaleniem. - I opieprzania ludzi. I przeklinania.
Wytrzeszczałam na niego oczy coraz bardziej. Rafał należał do najspokojniejszych i najcichszych ludzi w klasie. Mimo starań nie udało mi się wyobrazić go w takiej roli...
Kiedy wysiadałam, Rafał zawołał jeszcze:
- Powodzenia na informatyce!
- Powodzenia w opieprzaniu ludzi - odgryzłam mu się, a jakaś pani popatrzyła na niego ze zgorszeniem.
Ha ;).
wtorek, 28 sierpnia 2007
346.
- Wymyśliłam sobie żart na początek zajęć - powiedziałam Olkowi, już całkiem w szampańskim humorze (te przeskoki nastroju straszne są, nie wiem, jak mój własny Promotor to wytrzymuje, obawiam się, że kiedyś mi się za to oberwie porządnie i hurtem).
- To prawie jak w "Familiadzie" - odparł Olek.
Taaak... to ja to jeszcze przemyślę ;)
- To prawie jak w "Familiadzie" - odparł Olek.
Taaak... to ja to jeszcze przemyślę ;)
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
345.
Mrówka w stanie przeciwnym do wczorajszego, opowiada Olkowi z zapałem, jak poprowadzi informatyczne zajęcia od października.
- Coraz bardziej mi się podoba ten przedmiot - powiedziała. - Aż sama bym się chciała go uczyć...
- I tak będziesz musiała - trzeźwo zauważył Olek. Chwilę potem dodał:
- Ale nie wkręcaj się tak...
- Czemu?
- Bo jeszcze się przeniesiesz na politechnikę...
tja...
- Coraz bardziej mi się podoba ten przedmiot - powiedziała. - Aż sama bym się chciała go uczyć...
- I tak będziesz musiała - trzeźwo zauważył Olek. Chwilę potem dodał:
- Ale nie wkręcaj się tak...
- Czemu?
- Bo jeszcze się przeniesiesz na politechnikę...
tja...
niedziela, 26 sierpnia 2007
notka, którą się wytnie kiedyś
- Chodź - poprosiłam na gg Fimbula, zaklinając rzeczywistość.
- Gdzie? - zmaterializował się Fimbul pół godziny później.
- Nie wiem gdzie. Idę skoczyć z mostu.
- I mam stać na dole, żeby cię złapać? - zainteresował się Fimbul.
Dobrze móc liczyć na przyjaciół...
- Gdzie? - zmaterializował się Fimbul pół godziny później.
- Nie wiem gdzie. Idę skoczyć z mostu.
- I mam stać na dole, żeby cię złapać? - zainteresował się Fimbul.
Dobrze móc liczyć na przyjaciół...
środa, 22 sierpnia 2007
342. role życiowe
- Już się pojawiasz w tekście - poinformowałam Anię Szczepanek, posyłając jej całość.
Ania przez moment w milczeniu studiowała to, co ode mnie przyszło. W końcu wydała okrzyk radości.
- "(...) do gabinetu wpada Ania Szczepanek z teczką)
ANIA SZCZEPANEK
Mam reportaż do cenzury!" Rozumiem, że to wszystko na razie? - upewniła się.
- No cóż... - odrzekła Mrówka. - Masz małą rolę, ale za to WYRAZISTĄ!
No dobra, dopiszę jej coś ;)
Ania przez moment w milczeniu studiowała to, co ode mnie przyszło. W końcu wydała okrzyk radości.
- "(...) do gabinetu wpada Ania Szczepanek z teczką)
ANIA SZCZEPANEK
Mam reportaż do cenzury!" Rozumiem, że to wszystko na razie? - upewniła się.
- No cóż... - odrzekła Mrówka. - Masz małą rolę, ale za to WYRAZISTĄ!
No dobra, dopiszę jej coś ;)
niedziela, 19 sierpnia 2007
341. podpadam
W ostatnich dniach podpadłam chyba wszystkim (oprócz Bossa, chociaż możliwe że też, choćby brakiem apoftegmatycznej historyjki zapowiadanej od dawna...)
***
Kalina mówi, że piszę do niej coraz krótsze maile i ostatnie wiadomości ode mnie wyglądają tak:
mail od Mrówki
mail od Mrówk
mail od Mrów
mail od Mró
mail od Mr
mail od M
mail od
mail o
mail
mai
ma
m
***
Białemu podpadłam inaczej:
- Dzisiaj nikt nic nie napisał - zdaję mu relację z postępów w pracy.
- Bo nie znam nawet fabuły do końca! - odezwał się Biały po chwili.
- A myślisz, że ja znam? - obruszyłam się.
- Nie mów, że ciągle improwizujesz? - zirytował się Biały.
Tja... przecież ja scenariuszy nie potrafię wymyślać... lecimy i uzupełniamy całość na bieżąco...
***
Patiinka zobaczyła jedną z piosenek, którą ma się zająć.
I zaproponowała, żeby to może wystawić.
Mam nadzieję, że do realizacji mnie nie zaciągnie...
***
- Bardzo jesteś na mnie zły? - zapytałam nieśmiało Marka Lenca po tym, jak przysłał mi kilka dni wcześniej smsa, że się na mnie obraził i ma mnie w nosie (to znaczy przesłanie było takie, niekoniecznie treść).
- Zły? - odparł Marek. - Dziecko, ja cię już zdążyłem wydziedziczyć!
Tak że podpadam, ale cały czas jakoś na wesoło ;)
***
Kalina mówi, że piszę do niej coraz krótsze maile i ostatnie wiadomości ode mnie wyglądają tak:
mail od Mrówki
mail od Mrówk
mail od Mrów
mail od Mró
mail od Mr
mail od M
mail od
mail o
mai
ma
m
***
Białemu podpadłam inaczej:
- Dzisiaj nikt nic nie napisał - zdaję mu relację z postępów w pracy.
- Bo nie znam nawet fabuły do końca! - odezwał się Biały po chwili.
- A myślisz, że ja znam? - obruszyłam się.
- Nie mów, że ciągle improwizujesz? - zirytował się Biały.
Tja... przecież ja scenariuszy nie potrafię wymyślać... lecimy i uzupełniamy całość na bieżąco...
***
Patiinka zobaczyła jedną z piosenek, którą ma się zająć.
I zaproponowała, żeby to może wystawić.
Mam nadzieję, że do realizacji mnie nie zaciągnie...
***
- Bardzo jesteś na mnie zły? - zapytałam nieśmiało Marka Lenca po tym, jak przysłał mi kilka dni wcześniej smsa, że się na mnie obraził i ma mnie w nosie (to znaczy przesłanie było takie, niekoniecznie treść).
- Zły? - odparł Marek. - Dziecko, ja cię już zdążyłem wydziedziczyć!
Tak że podpadam, ale cały czas jakoś na wesoło ;)
340. podwawelska notka 2
Wprawdzie tytuł tej notki miał brzmieć "pokrakowska notka 2", ale "podwawelska" brzmi lepiej, przynajmniej u mnie wywołuje skojarzenia z kiełbasą a nie z pokraką ;)
Jak w Pancernych był kwadrans po nieparzystej, tak ja mam 20 minut po nieparzystej busy z Krakowa. Tylko że a) zmienili im przystanek bez poinformowania pasażerów, b) na autostradzie jest korek, więc mają opóźnienia ogromne, c) na moim dawnym przystanku jest teraz przystanek w przeciwną stronę, a przystanek w stronę Jaworzna jest po drugiej stronie ulicy.
10 minut po planowanym przyjeździe busa dzwonię do Arturka, zastanawiając się, czy kwiknie z radości, kiedy zadam mu pytanie "gdzie, na litość boską, mam teraz przystanek do domu?", żeby się upewnić, że czekam w dobrym miejscu.
Arturek nie odbiera.
Dobra, nie wpadajmy w panikę. To, że mi jeden bus nie przyjechał, jeszcze o niczym nie świadczy.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Przemka.
Przemek (debiut - notka 257) w ogóle zasługuje na osobną notkę. W ostatniej klasie LO siedzieliśmy razem w ławce, razem przygotowywaliśmy się do matury i codziennie gadaliśmy przez telefon. To Przemek powiedział mi coś, co powtarzam sobie czasami jako motto - najważniejsze jest w życiu, żeby robić to, co się naprawdę lubi. To po tej rozmowie poszłam na polonistykę, nie na AE.
Po LO Przemek wybrał się na studia do Krakowa, zaczął tam pracować, w Jaworznie bywał rzadko i kontakt praktycznie odzyskaliśmy dopiero teraz, przez święcenia Tomka.
Przemek odebrał.
- Pamiętasz, jak powiedziałeś, że kiedy będę w Krakowie i będę mieć wolną chwilę, to mam dać ci znać? - zapytałam bez wstępów.
- Pamiętam - uśmiechnął się Przemek (w końcu powiedział mi to w maju, nie mógł tak szybko zapomnieć ;))
- To mi się wydaje, że mam dwie godziny wolnego do najbliższego autobusu - powiedziałam niepewnie.
- Tylko wiesz co? - usłyszałam Przemka. - Ja właśnie jestem w Katowicach...
Mało się nie przewróciłam ze śmiechu.
- A nie wiesz przypadkiem, gdzie ja teraz mam przystanek do domu? - zapytałam, starając się nie brzmieć zbyt rozpaczliwie.
- A gdzie właściwie jesteś?
- Pod Politechniką - ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć "w Krakowie".
- To tam masz, spokojnie, na pewno przyjedzie.
Przyjechał.
To znaczy 2 godziny później przyjechał, a ja sobie połaziłam jeszcze po Krakowie, dzisiaj mam zakwasy.
Jak w Pancernych był kwadrans po nieparzystej, tak ja mam 20 minut po nieparzystej busy z Krakowa. Tylko że a) zmienili im przystanek bez poinformowania pasażerów, b) na autostradzie jest korek, więc mają opóźnienia ogromne, c) na moim dawnym przystanku jest teraz przystanek w przeciwną stronę, a przystanek w stronę Jaworzna jest po drugiej stronie ulicy.
10 minut po planowanym przyjeździe busa dzwonię do Arturka, zastanawiając się, czy kwiknie z radości, kiedy zadam mu pytanie "gdzie, na litość boską, mam teraz przystanek do domu?", żeby się upewnić, że czekam w dobrym miejscu.
Arturek nie odbiera.
Dobra, nie wpadajmy w panikę. To, że mi jeden bus nie przyjechał, jeszcze o niczym nie świadczy.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Arturka.
Nic.
Dzwonię do Przemka.
Przemek (debiut - notka 257) w ogóle zasługuje na osobną notkę. W ostatniej klasie LO siedzieliśmy razem w ławce, razem przygotowywaliśmy się do matury i codziennie gadaliśmy przez telefon. To Przemek powiedział mi coś, co powtarzam sobie czasami jako motto - najważniejsze jest w życiu, żeby robić to, co się naprawdę lubi. To po tej rozmowie poszłam na polonistykę, nie na AE.
Po LO Przemek wybrał się na studia do Krakowa, zaczął tam pracować, w Jaworznie bywał rzadko i kontakt praktycznie odzyskaliśmy dopiero teraz, przez święcenia Tomka.
Przemek odebrał.
- Pamiętasz, jak powiedziałeś, że kiedy będę w Krakowie i będę mieć wolną chwilę, to mam dać ci znać? - zapytałam bez wstępów.
- Pamiętam - uśmiechnął się Przemek (w końcu powiedział mi to w maju, nie mógł tak szybko zapomnieć ;))
- To mi się wydaje, że mam dwie godziny wolnego do najbliższego autobusu - powiedziałam niepewnie.
- Tylko wiesz co? - usłyszałam Przemka. - Ja właśnie jestem w Katowicach...
Mało się nie przewróciłam ze śmiechu.
- A nie wiesz przypadkiem, gdzie ja teraz mam przystanek do domu? - zapytałam, starając się nie brzmieć zbyt rozpaczliwie.
- A gdzie właściwie jesteś?
- Pod Politechniką - ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć "w Krakowie".
- To tam masz, spokojnie, na pewno przyjedzie.
Przyjechał.
To znaczy 2 godziny później przyjechał, a ja sobie połaziłam jeszcze po Krakowie, dzisiaj mam zakwasy.
piątek, 17 sierpnia 2007
339. pół notki
17.08.07. godz. 15:50 (przepisuję notkę z zeszytu, zapisywałam w autobusie, jak tylko wsiadłam)
Po raz pierwszy znalazłam się w Krakowie zupełnie sama. Dotąd zawsze ktoś mi towarzyszył, albo specjalnie (Arturek na POMach), albo przypadkiem (Robert, który czuł się odpowiedzialny za doprowadzenie mnie na przystanek). Miałam dziś wolne dwie godziny i zamierzałam je wykorzystać na poszukiwania ciekawych i potrzebnych książek. Przemierzyłam wszystkie rynkowe uliczki nie gubiąc się i odnajdując parę nowych szlaków.
I absolutnie cudowny antykwariat.
Weszłam i zadałam antykwariuszowi standardowe pytanie - czy ma tu jakąś półkę z satyrą.
Antykwariusz westchnął, wstał, pokazał mi odpowiednią półkę zapełnioną w jednej piątej i powiedział:
- Obficie reprezentowana to ta satyra nie jest.
- Coś pewnie dla siebie znajdę - pocieszyłam go.
Patrzę i oczom nie wierzę. Tomik Zechentera leży sobie na półce i kosztuje 5 złotych, a Wyka (Życie na niby, Pamiętnik po klęsce) 3 złote. A koło Zechentera leży jeszcze Krukowski i Mała antologia kabaretu, książka nie do dostania w żadnej bibliotece. Za 4,50.
To znaczy już nie leżą. Bo Wykę ukochanego, Zechentera dla praktyki satyrycznej i Krukowskiego dla teorii sobie kupiłam.
I jeszcze Grodzieńską dla przyjemności, za 6 złotych.
Już wiem, gdzie zawsze będę zaglądać.
A pan się zlitował, rzucił okiem na mój wypchany do granic możliwości mały plecaczek i dał mi dużą reklamówkę.
Raj na ziemi ;).
Odwiedziłam PAN.
- Potrzebuję O humorze poważnie Chłopickiego...
- A, to 483? - ucieszyła się pani, najwyraźniej znudzona i spragniona rozrywki.
- Albo 473 - podchwyciłam, bo wiedziałam, że o numerze książki mówi, nie o cenie.
BYŁO!
Gdybym chciała tę książkę sprowadzać przez internet, zapłaciłabym jakieś 12 złotych za przesyłkę i 6 - cenę książki. Dostałam ją za 5 złotych.
- Bramę otwiera się na dwie ręce - pouczyła mnie pani. No dobrze, wrzuciłam Chłopickiego do reklamówki, podeszłam do drzwi i mnie wmurowało.
- JAK na dwie ręce? - wyrwało mi się ze zgrozą.
Pani przyszła i mnie wypuściła. Naprawdę, trzeba zostać uczonym, żeby umieć się stamtąd wydostać... ;)
Spotkań z Balladą już raczej nie będzie. Dobrze, że mam teraz bardzo intensywne satyryczne zajęcie i szkolę się u Egzekutora, podpatrując karkołomne i lingwistyczne rymy, przynajmniej nie mam czasu ani siły, żeby się przejmować.
AAAAA, właśnie!
Pierwszy raz w życiu miałam dzisiaj okazję sprawdzić własną znajomość angielskiego na żywo. Możecie być ze mnie dumni! ;)
- Excuse me - usłyszałam, kiedy lazłam sobie wesolutko przez jedną z zapomnianych i pustych krakowskich uliczek. Odwróciłam się. Azjata.
- Can you photo me? - zapytał.
- Okay - zareagowała odruchowo Mrówka.
- Push here - pokazał Azjata Mrówce odpowiedni przycisk na małym japońskim aparacie.
To sobie pogadałam! 12 lat nauki angielskiego nie poszło na marne. Rozśmieszyło mnie jeszcze przypuszczenie, że ów Azjata mówi po angielsku mniej więcej tak samo jak ja...
W tym miejscu notkę urywam, chociaż to nie koniec opowieści. Ale coś sobie zostawię na jutro ;).
Po raz pierwszy znalazłam się w Krakowie zupełnie sama. Dotąd zawsze ktoś mi towarzyszył, albo specjalnie (Arturek na POMach), albo przypadkiem (Robert, który czuł się odpowiedzialny za doprowadzenie mnie na przystanek). Miałam dziś wolne dwie godziny i zamierzałam je wykorzystać na poszukiwania ciekawych i potrzebnych książek. Przemierzyłam wszystkie rynkowe uliczki nie gubiąc się i odnajdując parę nowych szlaków.
I absolutnie cudowny antykwariat.
Weszłam i zadałam antykwariuszowi standardowe pytanie - czy ma tu jakąś półkę z satyrą.
Antykwariusz westchnął, wstał, pokazał mi odpowiednią półkę zapełnioną w jednej piątej i powiedział:
- Obficie reprezentowana to ta satyra nie jest.
- Coś pewnie dla siebie znajdę - pocieszyłam go.
Patrzę i oczom nie wierzę. Tomik Zechentera leży sobie na półce i kosztuje 5 złotych, a Wyka (Życie na niby, Pamiętnik po klęsce) 3 złote. A koło Zechentera leży jeszcze Krukowski i Mała antologia kabaretu, książka nie do dostania w żadnej bibliotece. Za 4,50.
To znaczy już nie leżą. Bo Wykę ukochanego, Zechentera dla praktyki satyrycznej i Krukowskiego dla teorii sobie kupiłam.
I jeszcze Grodzieńską dla przyjemności, za 6 złotych.
Już wiem, gdzie zawsze będę zaglądać.
A pan się zlitował, rzucił okiem na mój wypchany do granic możliwości mały plecaczek i dał mi dużą reklamówkę.
Raj na ziemi ;).
Odwiedziłam PAN.
- Potrzebuję O humorze poważnie Chłopickiego...
- A, to 483? - ucieszyła się pani, najwyraźniej znudzona i spragniona rozrywki.
- Albo 473 - podchwyciłam, bo wiedziałam, że o numerze książki mówi, nie o cenie.
BYŁO!
Gdybym chciała tę książkę sprowadzać przez internet, zapłaciłabym jakieś 12 złotych za przesyłkę i 6 - cenę książki. Dostałam ją za 5 złotych.
- Bramę otwiera się na dwie ręce - pouczyła mnie pani. No dobrze, wrzuciłam Chłopickiego do reklamówki, podeszłam do drzwi i mnie wmurowało.
- JAK na dwie ręce? - wyrwało mi się ze zgrozą.
Pani przyszła i mnie wypuściła. Naprawdę, trzeba zostać uczonym, żeby umieć się stamtąd wydostać... ;)
Spotkań z Balladą już raczej nie będzie. Dobrze, że mam teraz bardzo intensywne satyryczne zajęcie i szkolę się u Egzekutora, podpatrując karkołomne i lingwistyczne rymy, przynajmniej nie mam czasu ani siły, żeby się przejmować.
AAAAA, właśnie!
Pierwszy raz w życiu miałam dzisiaj okazję sprawdzić własną znajomość angielskiego na żywo. Możecie być ze mnie dumni! ;)
- Excuse me - usłyszałam, kiedy lazłam sobie wesolutko przez jedną z zapomnianych i pustych krakowskich uliczek. Odwróciłam się. Azjata.
- Can you photo me? - zapytał.
- Okay - zareagowała odruchowo Mrówka.
- Push here - pokazał Azjata Mrówce odpowiedni przycisk na małym japońskim aparacie.
To sobie pogadałam! 12 lat nauki angielskiego nie poszło na marne. Rozśmieszyło mnie jeszcze przypuszczenie, że ów Azjata mówi po angielsku mniej więcej tak samo jak ja...
W tym miejscu notkę urywam, chociaż to nie koniec opowieści. Ale coś sobie zostawię na jutro ;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


