Dawno temu podczas obiadu brat nagle ni stąd ni zowąd wybuchnął śmiechem.
- Co ci jest? - spytał zatroskany tata.
- Nic, on tylko w dzieciństwie upadł na główkę - pospieszyłam z wyjaśnieniem i też zaczęłam się śmiać.
- To czemu też się śmiejesz? - spytał tata, tym razem podejrzliwie.
- Bo... ja na nią upadłem... główką - wykrztusił mój brat.
Jeden z moich ulubionych wykładowców mówi, że blogi polegają na tym, że pisze się "wstałem rano. Wypiłem kawę. Poszedłem do ubikacji. Skomentuj".
Bez komentarza ;)
środa, 21 czerwca 2006
14. Na wykładach jest wesoło
Przynajmniej bywa.
Siedzieliśmy sobie z Olkiem na wykładzie z gramatyki. Nudziło się nam straszliwie, więc zaczęliśmy grać w statki.
Oboje mieliśmy już po piętnaście "pudeł" i ani jednego trafienia.
- Jemiołuszka trzy - zaszeptał mi Olek, pozorując zainteresowanie wykładem.
- Pudło! - ucieszyłam się natychmiast.
- A narysowałaś w ogóle jakieś statki? - zirytował się Olek.
Ale potem pani profesor zaczęła nas uczyć, jak się zachowywać. Jeszcze, żeby wszystko było jasne - Olek jest dwa lata starszy ode mnie i może mnie nie zastrzeli, jak zobaczy tego bloga...
- Do chłopaka można się ostrzej zwrócić, niż do dziewczyny - wykładała prof. O. Od razu to podchwyciłam i szeptem poinformowałam Olka:
- To ja cię mogę opier***, a ty mnie nie!
- A do osoby starszej odzywa się inaczej niż do młodszej - kontynuowała prof. O.
- To najwyżej PANA możesz opier*** - ucieszył się Olek. - Różnica wieku.
Pod koniec tego wykładu chcieliśmy jeszcze zagrać mecz. To znaczy... ja chciałam:
- Olek, gramy mecz?
- Nie, już nie zdążymy - Olek zerknął na zegarek. - Lepiej się od razu poddaj.
No co? Ja tylko raz przegrałam! (bo raz graliśmy)
Siedzieliśmy sobie z Olkiem na wykładzie z gramatyki. Nudziło się nam straszliwie, więc zaczęliśmy grać w statki.
Oboje mieliśmy już po piętnaście "pudeł" i ani jednego trafienia.
- Jemiołuszka trzy - zaszeptał mi Olek, pozorując zainteresowanie wykładem.
- Pudło! - ucieszyłam się natychmiast.
- A narysowałaś w ogóle jakieś statki? - zirytował się Olek.
Ale potem pani profesor zaczęła nas uczyć, jak się zachowywać. Jeszcze, żeby wszystko było jasne - Olek jest dwa lata starszy ode mnie i może mnie nie zastrzeli, jak zobaczy tego bloga...
- Do chłopaka można się ostrzej zwrócić, niż do dziewczyny - wykładała prof. O. Od razu to podchwyciłam i szeptem poinformowałam Olka:
- To ja cię mogę opier***, a ty mnie nie!
- A do osoby starszej odzywa się inaczej niż do młodszej - kontynuowała prof. O.
- To najwyżej PANA możesz opier*** - ucieszył się Olek. - Różnica wieku.
Pod koniec tego wykładu chcieliśmy jeszcze zagrać mecz. To znaczy... ja chciałam:
- Olek, gramy mecz?
- Nie, już nie zdążymy - Olek zerknął na zegarek. - Lepiej się od razu poddaj.
No co? Ja tylko raz przegrałam! (bo raz graliśmy)
wtorek, 20 czerwca 2006
13. O owadach słów kilka
Jeden z wykładów z literatury poromantycznej odbywał się na świeżym powietrzu (wykładowca określił to "zieloną szkołą").
Siedziałam sobie pod drzewem. Nagle spadło na mnie jakieś żyjątko. Popatrzyłam, strzepnęłam, a dopiero potem mnie otrząsnęło z obrzydzenia.
- Co to było? - zapytała z troską Kasia, siedząca najbliżej.
- Nie wiem. Jakiś robal - odpowiedziałam jej ze wstrętem.
- Ale nie kleszcz? - Kasia wyglądała na przejętą.
- A jak wygląda kleszcz? - zapytała inteligentnie Mrówka.
- Czy to coś miało skrzydełka?
Przytaknęłam z rosnącą paniką.
- No, jeśli miało skrzydełka, to to nie był kleszcz - uspokoiła mnie Kasia.
Nie można było tak od razu??
Historyjka druga.
Arturek ma modliszkę. Hoduje ją sobie (na szczęście w Krakowie, nie widziałam zwierzątka na żywo, i dobrze. Zwierzątka Arturka mnie próbują przestraszyć, kiedyś ryba mało nie rozbiła szyby akwarium, żeby mnie zaatakować).
- Arturek, co je twoja modliszka? - spytałam kiedyś. Arturek popatrzył na mnie z wyraźnym wyrzutem, teraz wiem, że to była prośba o wycofanie pytania. Nie odczytałam tego i Arturek musiał odpowiedzieć.
Wiecie, co je jego modliszka? Świerszcze. Żałuję, że zapytałam.
Siedziałam sobie pod drzewem. Nagle spadło na mnie jakieś żyjątko. Popatrzyłam, strzepnęłam, a dopiero potem mnie otrząsnęło z obrzydzenia.
- Co to było? - zapytała z troską Kasia, siedząca najbliżej.
- Nie wiem. Jakiś robal - odpowiedziałam jej ze wstrętem.
- Ale nie kleszcz? - Kasia wyglądała na przejętą.
- A jak wygląda kleszcz? - zapytała inteligentnie Mrówka.
- Czy to coś miało skrzydełka?
Przytaknęłam z rosnącą paniką.
- No, jeśli miało skrzydełka, to to nie był kleszcz - uspokoiła mnie Kasia.
Nie można było tak od razu??
Historyjka druga.
Arturek ma modliszkę. Hoduje ją sobie (na szczęście w Krakowie, nie widziałam zwierzątka na żywo, i dobrze. Zwierzątka Arturka mnie próbują przestraszyć, kiedyś ryba mało nie rozbiła szyby akwarium, żeby mnie zaatakować).
- Arturek, co je twoja modliszka? - spytałam kiedyś. Arturek popatrzył na mnie z wyraźnym wyrzutem, teraz wiem, że to była prośba o wycofanie pytania. Nie odczytałam tego i Arturek musiał odpowiedzieć.
Wiecie, co je jego modliszka? Świerszcze. Żałuję, że zapytałam.
piątek, 16 czerwca 2006
12. Koncert wieczorny na dwa piwa...
Kilku młodzieńców, będących - jak to się elegancko określa - pod wpływem, urządziło sobie wczoraj wieczorem pod oknami koncert. Po odgłosach sądząc - siedzieli na ławce, jakieś dwa bloki od mojego.
Najpierw śpiewali chóralnie "daj mi tę noc, tę jedną noc". Dosyć równo im to wychodziło i linii melodycznej się trzymali, chociaż ograniczyli się tylko do zacytowanego fragmentu. Może nie znali całości, a może chcieli od razu przejść do meritum sprawy. Meritum odśpiewali dzielnie jakieś osiem razy. Na próżno. Nie dała.
Młodzieńcy przeszli zatem do kolejnego songu - tym razem będącego autoryzowanym przekładem. Na melodię "I love you, baby" odśpiewali hymn, składający się ze słów "kochamy ciebie, na na na na na na", wykazując się przy tym umiarkowanymi zdolnościami translatorskimi i niezwykłym poczuciem rytmu. Linia melodyczna - jak wyżej. Niestety i tu obiekt ich zbiorowych uczuć nie zareagował.
Nie zniechęceni tym młodzieńcy odśpiewali trzecią pieśń, prawdopodobnie kompozycję własną. A raczej - odśpiewał jeden, reszta klaskała do rytmu. Skutecznie go zagłuszając, przez co nie mogę przekazać Wam tekstu piosenki.
Potem nastąpiła cisza. Prawdopodobnie wśród publiczności koncertu znaleźli się, nieoczekiwanie dla artystów, panowie ze Straży Miejskiej. Skromni młodzieńcy nie przywykli widać do tak znamienitego audytorium i koncert przerwali.
Może i szkoda, śmieszny był...
Najpierw śpiewali chóralnie "daj mi tę noc, tę jedną noc". Dosyć równo im to wychodziło i linii melodycznej się trzymali, chociaż ograniczyli się tylko do zacytowanego fragmentu. Może nie znali całości, a może chcieli od razu przejść do meritum sprawy. Meritum odśpiewali dzielnie jakieś osiem razy. Na próżno. Nie dała.
Młodzieńcy przeszli zatem do kolejnego songu - tym razem będącego autoryzowanym przekładem. Na melodię "I love you, baby" odśpiewali hymn, składający się ze słów "kochamy ciebie, na na na na na na", wykazując się przy tym umiarkowanymi zdolnościami translatorskimi i niezwykłym poczuciem rytmu. Linia melodyczna - jak wyżej. Niestety i tu obiekt ich zbiorowych uczuć nie zareagował.
Nie zniechęceni tym młodzieńcy odśpiewali trzecią pieśń, prawdopodobnie kompozycję własną. A raczej - odśpiewał jeden, reszta klaskała do rytmu. Skutecznie go zagłuszając, przez co nie mogę przekazać Wam tekstu piosenki.
Potem nastąpiła cisza. Prawdopodobnie wśród publiczności koncertu znaleźli się, nieoczekiwanie dla artystów, panowie ze Straży Miejskiej. Skromni młodzieńcy nie przywykli widać do tak znamienitego audytorium i koncert przerwali.
Może i szkoda, śmieszny był...
czwartek, 15 czerwca 2006
11. Procesja
Boże Ciało. Procesja. Idzie sobie tłum ludzi, część śpiewa, część nie. Ministranci niosą nadajniki z głośnikami.
Aż jednemu ministrantowi głośnik się zepsuł. Zaczął przy nim majstrować i nagle, zamiast śpiewu organisty, popłynęły w tłum skoczne melodie z Radia Eska.
Ciekawe, czy ksiądz by się bardzo zdziwił, gdyby zauważył, że tył procesji śpiewa co innego niż początek procesji?
Aż jednemu ministrantowi głośnik się zepsuł. Zaczął przy nim majstrować i nagle, zamiast śpiewu organisty, popłynęły w tłum skoczne melodie z Radia Eska.
Ciekawe, czy ksiądz by się bardzo zdziwił, gdyby zauważył, że tył procesji śpiewa co innego niż początek procesji?
piątek, 9 czerwca 2006
10. Mundial, Niemcy - Kostaryka
Wrażenia w trakcie i po meczu Niemcy - Kostaryka (4:2)
Brat: Może mecz sprzedali?
Mrówka: W przerwie?
Brat: Nie, w szatni...
T.: Kostaryka jest słaba jak fiks...
Brat: To może nie będziemy ostatni... (do Mrówki) Ej, trzeba ci zabrać ten zeszyt!
Mrówka: Mogłam po jednej bramce więcej obstawić (bo na forum polonistów typowałam 3:1 dla Niemców)... To nie, myślałam sobie, że to za dużo...
Brat: Ty sobie myślałaś? Wpisz to do humoru...
Brat: Może mecz sprzedali?
Mrówka: W przerwie?
Brat: Nie, w szatni...
T.: Kostaryka jest słaba jak fiks...
Brat: To może nie będziemy ostatni... (do Mrówki) Ej, trzeba ci zabrać ten zeszyt!
Mrówka: Mogłam po jednej bramce więcej obstawić (bo na forum polonistów typowałam 3:1 dla Niemców)... To nie, myślałam sobie, że to za dużo...
Brat: Ty sobie myślałaś? Wpisz to do humoru...
czwartek, 8 czerwca 2006
9. O jedzeniu
Stałam przy oknie w szatni, z nosem przyklejonym do szyby. Dwa centymetry ode mnie, oddzielony jedynie taflą szkła, siedział mały czarny kotek. I jadł coś w rodzaju "Chappi", tylko dla kotów. Dostrzegł moją natarczywą obecność po drugiej stronie okna, ale jakoś się z tym pogodził i nie zgłaszał sprzeciwów.
Trwało to dłuższą chwilę - kot jadł ze smakiem, ja wpatrywałam się w niego zachłannie. Nagle podszedł do okna jakiś chłopak. Rzucił okiem na pożywiające się stworzenie i powiedział:
- O rany, myślałem, że on mysz tak je!
Taaaak... z pewnością wpatrywałabym się z zafascynowaniem w kota jedzącego mysz.
Trwało to dłuższą chwilę - kot jadł ze smakiem, ja wpatrywałam się w niego zachłannie. Nagle podszedł do okna jakiś chłopak. Rzucił okiem na pożywiające się stworzenie i powiedział:
- O rany, myślałem, że on mysz tak je!
Taaaak... z pewnością wpatrywałabym się z zafascynowaniem w kota jedzącego mysz.
niedziela, 4 czerwca 2006
5. koty i smoki
Wracałam z bratem z kościoła. Zobaczyłam ślicznego kota, który schował się za krzakiem.
Mrówka: Patrz, za tym krzakiem jest schowany kot! Tylko go nie widać!
Brat popatrzył na mnie ze współczuciem i powiedział: patrz, za tamtym krzakiem jest schowany lew! Tylko go nie widać...
No co? Kot był!
"Tam dokąd zmierzam
rów głęboki
a dalej -
już tylko smoki"
to wiersz Urszuli Kozioł. Profesor z analizy i interpretacji przeczytał go ostatnio na zajęciach, a potem powiedział: państwo byście czegoś takiego nie napisali...
Po chwili dodał, patrząc na mnie: no, chyba że pani...
Nie wiem teraz, czy śmiać się, czy płakać. Z racji tego, że ten profesor moją twórczość raczej lubi, to chyba to był komplement...
Mrówka: Patrz, za tym krzakiem jest schowany kot! Tylko go nie widać!
Brat popatrzył na mnie ze współczuciem i powiedział: patrz, za tamtym krzakiem jest schowany lew! Tylko go nie widać...
No co? Kot był!
"Tam dokąd zmierzam
rów głęboki
a dalej -
już tylko smoki"
to wiersz Urszuli Kozioł. Profesor z analizy i interpretacji przeczytał go ostatnio na zajęciach, a potem powiedział: państwo byście czegoś takiego nie napisali...
Po chwili dodał, patrząc na mnie: no, chyba że pani...
Nie wiem teraz, czy śmiać się, czy płakać. Z racji tego, że ten profesor moją twórczość raczej lubi, to chyba to był komplement...
sobota, 3 czerwca 2006
4. Dobroć ludzka nie zna granic
dr M.: Czy pan Olek się na mnie nie obrazi, jak dam mu +4?
Mrówka: Nie, powiemy mu, że miał dostać 3, ale jakoś panią ubłagałyśmy o 4+... jeszcze się ucieszy...
brat: Chcesz krówkę?
Mrówka: Nie.... nie chcę...
brat: No weź... sam trzech nie zjem...
Mrówka: Nie, powiemy mu, że miał dostać 3, ale jakoś panią ubłagałyśmy o 4+... jeszcze się ucieszy...
brat: Chcesz krówkę?
Mrówka: Nie.... nie chcę...
brat: No weź... sam trzech nie zjem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


